¤ Joakim Montelius (Covenant) ¤

Kto mnie zna, wie, że Covenant od dłuższego już czasu był jednym z moich ulubionych zespołów. Jak się dowiedziałem, że na Wave Gotik Treffen Eskil i Joakim będą grali jako DJ'e to już wiedziałem, że muszę wrócić z wywiadem. Na początku trudno było, i gdy zrezygnowany poszedłem czegoś się napić przed moimi oczami mignęła postać w garniturze - był to Eskil Simonsson, wokalista grupy. Od razu go przechwyciłem i powiedziałem o co chodzi. Eskil niestety nie udziela wywiadów, ale powiedział mi, żebym się dzisiaj pokręcił i postarał złapać Joakima - klawiszowca i autora większości tekstów grupy. tak więc wysiedziałem prawie dwie godziny pod salą w której grali, i już powoli zacząłem się poddawać kiedy z tłumu wyłapałem Joakima.
Joakim okazał się niesamowicie sympatycznym i przyjacielskim facetem, i od razu umówiliśmy się na wywiad następnego dnia. Spotkaliśmy się na mieście, poszliśmy do małego, cichego pubu w centrum, wzięliśmy sobie po piwie i przeszliśmy do rzeczy.

PostIndustry: Wczoraj na jednej ze scen w Agra Halle graliście set Dj'ski, czy mógłbyś powiedzieć coś o tym co graliście? Bardzo mi się podobało, ale nic nie znałem...

Joakim Montelius: Tak, graliśmy sporo rzeczy z stosunkowo młodego gatunku muzyki. Rzeczy takie jak Terrence Fixmer, Thomas P. Heckmann, The Horrorist, Johnny Starlight czy Pierrepoint. To wszystko artyści którzy nie są znani, ale wydaje mi się, że zasługują na większe zainteresowanie. Robią coś, co może nie jest do końca nowe, ale samo połączenie brzmi niesamowicie świeżo. Wielu artystów, którzy reprezentują nasz gatunek muzyczny właśnie odkrywają takich twórców. Wydaje mi się, że w takiej sytuacji ci artyści mogą zmienić to, jak brzmi gatunek muzyczny w ramach którego działamy.

PI: Więc czy ci twórczy są kimś, co inspiruje Covenanta?

JM: Oczywiście! Wydaje mi się, że podziemna muzyka elektroniczna nie rozwijała się przez parę ostatnich lat. I nagle pojawia się nowy ruch, trochę świeżej energii. Jak chodzę do klubów techno w Berlinie to słyszę właśnie taką muzykę, to niesamowicie inspirujące środowisko dla nas. Zawsze “podkradaliśmy” coś z sceny tanecznej i sceny techno. Po prostu robimy muzykę pop z muzyki.

PI: A kiedy podziemna scena techno zaczęła inspirować Covenanta?

JM: Cała scena rave’owa pojawiła się we Szwecji w okolicach roku 1988 czy 1989, i na początku jedyną rzeczą jaką dało się wtedy usłyszeć była komercyjna muzyka house’owa, ale potem zaczęły się pojawiać małe kluby. Miejsce w którym mamy swoje studio mieści się w domu kultury, i tam, w piwnicy, odbywały się pierwsze imprezy rave’owe z prawdziwego zdarzenia w okolicach 1990 roku. Tak więc znaliśmy wszystkich ludzi, którzy tam przychodzili, DJ’ów, i to oni właśnie zapoznali nas z tą dobrą muzyką ukrytą pod powierzchnią komercji. Dreams of a Cryotank było już inspirowane techno. Chociażby kawałek Edge of Dawn, który w zasadzie jest typowym techno z melodią.

PI: I Bardzo dobrą piosenką przy tym! Jak sądzisz, co się teraz stanie z tym “podziemnym” techno?

JM: Wydaje mi się, że to co graliśmy wczoraj jest jednym z możliwych kierunków. EBM jest kolejną inspiracją dla sceny elektronicznej muzyki tanecznej. Tak jak artyści pokroju Miss Kittin są właściwie wykonawcami tanecznymi, którzy sprawiali wrażenie jakby byli inspirowani przez synthpop. Teraz wydaje mi się, że fala synthpopowa przeszła, i pora na mocniejsze dźwięki.

PI: Wracając do Covenanta: Wasz pierwszy album, Dreams of a Cryotank, został wydany w 1992 roku. Możesz nam coś powiedzieć o początkach Covenanta?

JM: Właściwie to nie został on wydany aż do roku 1994. Faktycznie nagraliśmy go w 1992, ale dopiero w 1994 udało się go nam wydać. Jak zaczynaliśmy grać to mieliśmy wiele różnych zespołów z wieloma różnymi osobami. Pierwszy zespół powstał koło 1986 roku, a Covenant zaistniał koło 1991. Ale imię “Covenant” samo w sobie używaliśmy już wcześniej.

PI: A kiedy Ty, Eskil i Clas się poznaliście?

JM: We wczesnych latach osiemdziesiątych, w szkole. Pochodzimy z relatywnie małego miasta, w którym mieszka koło 100.000 osób, i jeżeli w tak małym mieście są inne osoby o podobnych zainteresowaniach muzycznych to poznasz ich prędzej czy później, tak to już jest. Z Clasem i Eskilem fantastycznie się dogadujemy, i mamy bardzo podobną opinię o tym, jak powinna brzmieć muzyka.

PI: Ludzie, którzy słuchają Covenanta zdają się słyszeć wiele różnych inspiracji w waszym zespole: od gotyku, EBMu, Electro aż po techno. Co was tak właściwie inspiruje?

JM: Wśród wielu rzeczy na pewno to, co Ty wymieniłeś. Uważamy, że aby być w stanie coś tworzyć trzeba coś pobierać. Aby coś wyjąć, trzeba coś włożyć. I wydaje mi się, że im więcej się włoży, tym więcej jest się w stanie wyjąć, z większą ilością różnorodnych pomysłów można się bawić. Tak więc zawsze szukamy nowej muzyki, nie musi koniecznie być elektroniczna, może to być jazz, muzyka klasyczna, właściwie cokolwiek, nawet reggae. Może nie będzie nikt w stanie tego usłyszeć, ale ono tam jest. Inspirowaliśmy się także spora ilością hip-hopu, nie da się tego wyłapać, ale sposób w jaki oni układają rytmy tworzy niesamowity “groove”, którego muzyka elektroniczna, a na pewno na przykład darkwave, nie mają. Tak więc bierzemy ten groove i wykorzystujemy go w naszym małym światku. Tak więc trudno mi powiedzieć co jest najbardziej inspirującą rzeczą, bo to się cały czas zmienia.

PI: A co z muzyką rockową, od klasyki aż po rock współczesny i rock gotycki? Czy to też was inspiruje?

JM: Tak, oczywiście! Słuchamy sporo Black Sabbath, Led Zeppelin, a nawet Van Morrisona i Bruce’a Springsteen’a.

PI: Parę piosenek z Dreams of a Cryotank, na przykład Speed czy Voices, pojawiło się jako strony B na singlach promujących płytę Sequencer. Czy były to remixy czy nowe wersje?

JM: Remixy. Zresztą ta wersja Voices była bardzo podobna do oryginału. Remixy te, zwłaszcza wersje Opticoded, zrobił znajomy firmy płytowej, który jest artystą tworzącym normalnie muzykę taneczną, i miał genialne pomysły na rozwinięcie tych piosenek. Bardzo mi się podobały te remixy i chciałem je wydać, ale było za późno już na single do Dreams of a Cryotank, ale mieliśmy robić single do nowego albumu, więc tam je zamieściliśmy.

PI: Wiele osób twierdzi, że Kraftwerk jest najważniejszym zespołem tworzącym muzykę elektroniczną. Zgodziłbyś się z tym?

JM: Oczywiście! Oni to wszystko wymyślili i nadali temu kształt!

PI: Poznałeś ich kiedykolwiek?

JM: Widziałem w Szwecji ich koncert w 1991 roku, ale osobiście ich nigdy nie poznałem. Wydaje mi się, że są to ludzie z którymi trudno się spotkać.

PI: Sequencer jest bardzo mrocznym albumem, bardzo pesymistycznym, zwłaszcza takie piosenki jak Slowmotion. Dlaczego?

JM: Wydaje mi się, że większość muzyki, którą nagrywamy, jest mroczna. Muzyka jaką tworzymy jest ścieżką dźwiękową naszego życia. Staramy się pokazać w muzyce nasze uczucia, wyrazić rzeczy, które się nam przytrafiają i to, o czym myślimy. Kiedy nagrywaliśmy Sequencera... To był bardzo trudny okres dla nas. Było w nas dużo rzeczy, które musiały się wydostać. Wiem, że to brzmi strasznie pretensjonalnie jak się mówi, że to działa jak terapia, ale wydaje mi się, że tak naprawdę jest. Jedynym sposobem aby dać sobie radę z takimi negatywnymi uczuciami to aby pogadać o nich, po prostu dać im wypłynąć. Jak się je trzyma tylko w sobie i nic z nimi nie robi to można zwariować. Wydaje mi się że właśnie to odpowiada z ostateczne brzmienie tego albumu.

PI: W Slowmotion jest moment w którym Eskil zaczyna krzyczeć. Przypomina mi to Joy Division...

JM: Joy Division również jest bardzo ważnym zespołem dla nas. Może nie tak bardzo dla Eskila jak dla mnie, ale słucham ich bardzo dużo od lat 80. Mieli w sobie to surowy, emocjonalny klimat, który jest bardzo chłodny. Byli bardzo emocjonalni, ale zarazem zdystansowani. Bardzo mi się to podoba.

PI: Macie też sporo piosenek, które mają pozornie bardzo proste teksty, takie jak No Man’s Land czy One World One Sky, ale jednak kryje się w nich coś więcej niż by się mogło wydawać.

JM: Zarówno No Man’s Land jak i One World, One Sky są kawałkami do których słowa napisał Eskil. On jest minimalistą, wierzy, że mniej to więcej. Czasami to prawda, czasami nie, ale wydaje mi się że zwłaszcza One World, One Sky jest oznaką czystego geniuszu. Tak naprawdę nie trzeba tam już nic dopowiadać. To dopasowywuje się to tej prawi śmiesznej melodii, a efekt jest bardzo podnoszący na duchu, i o to chodzi w tej piosence. Oczywiście, kiedyś umrzemy, ale w międzyczasie zabawmy się trochę!

PI: Bardzo ciekawą sprawą w Covenancie jest to, że wokalista pisze muzykę, a Ty, więc osoba która na koncertach gra na klawiszach, pisze teksty. Dlaczego tak postanowiliście robić? Zdaje się to być dosyć nietypowym posunięciem...

JM: Tak właściwie to nie jesteśmy jedynym zespołem, który tak robi, jeszcze Melotron ma podobny układ. Wydaje mi się, że w sensem istnienia zespołu jest sytuacja w której każdy będzie robił to, w czym jest najlepszy. Jestem okropnym muzykiem, ledwo potrafię grać na klawiszach. Szczerze mówiąc za bardzo mi na tym nie zależy, ja po prostu chcę tworzyć szum. Ale Eskil za to jest bardzo, bardzo dobrym muzykiem tak więc on się zajmuje tą stroną twórczości Covenanta. Poza tym Eskil ma wykształcenie w tym kierunku, na uniwersytecie między innymi studiował teorię muzyki. Ja zawsze interesowałem się językami, poza tym pisanie mi nieźle idzie, no i lubię to robić.

PI: Studiowałeś Archeologie?

JM: Tak.

PI: A Eskil fizykę?

JM: Tak. I teorie muzyczną i astronomię wśród wielu różnych rzeczy. Ale nie wydaje mi się, aby nasze wykształcenia miały jakiś wpływ na naszą muzykę.

PI: Kiedyś powiedziałeś, że inspiruje cię twórczość Frontu 242. Mógłbyś powiedzieć jaki ich album najbardziej lubisz?

JM: Właściwie to lubię je wszystkie. Wydaje mi się że ich najsłabszą pozycją było Tyranny For You, a najbardziej interesującą – Evil Off, głównie dlatego, że zrobili na tym albumie coś, czego nikt wcześniej nie robił... A jako zespół to zawsze nas inspirowali. Po raz pierwszy usłyszałem Front 242 w 1984. Mój kolega był w Belgii i przywiózł jedna z ich płyt. Kiedy ją przesłuchałem po prostu mnie zamurowało, nigdy wcześniej czegoś takiego nie słyszałem. To był album “Geography”. Przedtem słuchałem brytyjskiego synthpopu i Kraftwerka, więc dosyć typowych rzeczy, a potem ten bardzo mroczny i dziwny dźwięk trafił do mnie. To na pewno było czymś co na mnie miało duży wpływ.

PI: Czy napisałeś muzykę do jakichkolwiek piosenek Covenanta?

JM: Tak, do paru. Void z Dreams of a Cryotank, które jest bardzo mocno inspirowane Frontem 242, napisałem także Phoenix’a z albumu Sequencer. I zasadniczo na tym się kończy moja twórczość muzyczna w ramach Covenanta. Ale oczywiście skonstruowanie piosenki nie ogranicza się do napisania melodii i słów. Dochodzi jeszcze cała produkcja dźwięku, a to jest coś co zawsze robimy w trójkę razem.

PI: Covenant ma parę kawałków inspirowanych noise’m, takich jak Alva Myrdal i Sample Start.

JM: Tak, Alva Myrdal jest nawet moim kawałkiem!

PI: O, a jaka była geneza tego kawałka?

JM: Właściwie to zawsze robiłem jakieś bardziej noise’owe rzeczy dla własnej przyjemności, zresztą Eskil też. Kiedy się tworzy muzykę to wszystko się sprowadza do warstw szumu. W tym wypadku kupiłem nowy moduł perkusyjny i chciałem do wypróbować, a wydaje mi się, że najlepiej sprawdzić czy jakiś kawałek sprzęty jest dobry czy zły jest przesterowanie go na maksa [tutaj Joakim użył zwrotu “distort the shit out of it”, prawda, że na tłumaczeniu troszkę traci? ;) ]. Tak więc bawiłem się tym sprzętem i zacząłem robić ten kawałek, i kiedy Eskil przyszedł do studia stwierdziliśmy razem, że byłaby to fajna rzecz do zamieszczenia na Travelogue, dodatkowej płycie dołączanej do limitowanej edycji United States Of Mind. W tle Covenanta zawsze było sporo rzeczy inspirowanych Noise’em, i chcieliśmy pokazać nasz szacunek dla sceny noise’owej, którą interesujemy się od zawsze.

PI: A Sample Start?

JM: A to już piosenka Eskila. W zasadzie jest to sam loop.

PI: Czy nie myśleliście o tym aby zrobić side-projectem który tworzyłby takie właśnie noise’owe rzeczy?

JM: Tak, myślałem o tym już wielokrotnie. Ale z jakiegoś powodu tego typu pomysły zawsze kończyły gdzieś w twórczości Covenanta. Można powiedzieć, że Covenant konsumuje wszystko co tworzymy, co jest czymś dobrym, bo dzięki temu żyje. Wydaje mi się również, że jeżeli zaczęlibyśmy iść w różne uboczne projekty to byśmy nie byli w stanie skupić się na Covenancie. Mając więcej niż jedno ujście dla swojej kreatywności to istnieje zagrożenie, że stracisz zainteresowanie jednym z nich. Chcemy aby nasz zespół ewoluował, i wolimy aby interesująca muzyka pozostała w nim. Ale nigdy nie mów nigdy!

PI: Wasz trzeci album, Europa, został stosunkowo chłodno przyjęty przez krytyków. Jednak mi się ten album bardzo podoba, i wydaje mi się, że jego negatywna ocena może być po prostu spowodowana niezrozumieniem tej płyty. Co Ty na ten temat sądzisz?

JM: Wydaje mi się, że wszyscy oczekiwali “Sequencera 2”, że pozostaniemy przy tym brzmieniu. I dokładnie dlatego zrobiliśmy Europę tak jak ją zrobiliśmy. Chcemy aby Covenant stale był w ruchu, cały czas się zmieniał i zawsze pokazywał jakieś inne oblicze nam i fanom. Europa była także swojego rodzaju eksperymentem dla nas, bo podczas tworzenia Sequencera wszystko było z góry zaplanowane, każdy pomysł był dokładnie przemyślany. Panowała atmosfera dyscypliny i całkowitego skupienia, i chcieliśmy aby z Europą zrobić coś zupełnie odwrotnego. Chcieliśmy aby na niej znalazły się pomysły tak jak powstawały, bez żadnych szlifów.

PI: Na Europie znajduje się jedyna piosenka, którą skomponował i napisał Clas, czyli The Wind of the North. Dlaczego Clas nie uczestniczy regularnie w życiu zespołu?

JM: Jest jedyną osoba w zespole, która pracuje, i pracuje bardzo dużo. Tak naprawdę to nie ma czasu. My bardzo wolno pracujemy nad muzyką. Ja z Eskilem siedzimy w studio dzień i noc i tak cały czas. Clas wpada raz na jakiś czas i jest wtedy w pewnym sensie arbitrem, mówi nam czy coś co robimy idzie w dobrym czy złym kierunku. Nie wydaje mi aby Clas czuł pociąg ani aby miał twórczą potrzebę aktywnego tworzenia z nami, bo daje upust temu u siebie w pracy. Jest za to twórcą bardzo wielu dobrych dźwięków, zasadniczo jest doskonałym inżynierem dźwięku.

PI: Porozmawiajmy jeszcze trochę o “Europie”. Na tej płycie jest parę piosenek, które brzmią prawie jakby były bardzo wesołymi kawałkami, takie jak Wall of Sound...

JM: Wall of Sound nie jest szczęśliwą piosenką. Ale faktycznie, sprawia wrażenie bycia utworem popowym. Jest on o samotności i desperackiej potrzebie komunikacji z innymi ludźmi, o problemie języka i mowy. Od kiedy zdobywamy zdolność mówienia usiłujemy się porozumiewać z innymi ludźmi. Ale pomimo, że umiemy mówić i opowiadać o naszych uczuciach i odczuciach naprawdę trudno osiągnąć prawdziwą wieź porozumienia pomiędzy dwoma osobami tak, aby naprawdę skutecznie przekazywać to co jest wewnątrz nas. I właśnie o tym jest Wall of Sound.

PI: Umiecie w taki sposób się porozumiewać w zespole?

JM: I tak i nie. Jesteśmy swoimi najlepszymi przyjaciółmi od 17 lat, więc wydaje mi się, że możemy rozmawiać o wszystkim, ale głównie się porozumiewamy przy pomocy muzyki. Kiedy nie tworzymy muzyki to bardzo mało się widujemy. Tworzenie muzyki jest czymś, co wymaga niesamowite ilości energii, więc jak się robi sobie przerwę to stara się od tego trzymać jak najdalej się da. Ale niemniej wydaje mi się, że udaje się nam komunikować bardzo dobrze.

PI: Skąd nazwa albumu Europa i EPki Euro?

JM: Jest wiele powodów. Pierwotną ideą było, że stworzymy nasz własny, mały świat... Właściwie to powinien się nazywać „United States of Mind” (śmieje się). Album ten powstawał też kiedy Szwecja wchodziła do Unii Europejskiej i wszędzie dookoła panowała atmosfera zjednoczenia. Chcieliśmy oddać hołd tego co wtedy wszyscy czuli, tolerancji względem innych kultur i narodów. No i była to też zainspirowane filmem Larsa Von Triera, „Europa”, którego atmosfera nam bardzo się spodobała. Covenant mógłby do tego filmu nagrać ścieżkę dźwiękową do tego filmu. Jest przepełniony intensywnym uczuciem samotności i wieloma motywami do których wracamy. No i do tego dochodzi jeszcze dochodzi grecki mit o Europie i byku, o próbach dosięgnięcia czegoś boskiego.

PI: Waszym następnym albumem był United States of Mind. Co właściwie oznacza ten tytuł?

JM: Tak jak mówiłem pomysł na taki tytuł sięga czasów Europy, ale dopiero później znaleźliśmy lepszy sposób wyrażenia tego. Wydaje się mi, że każda istota ludzka należy do Stanów Zjednoczonych Umysłu. Nie jest to jakieś ograniczone terytorium czy cokolwiek fizycznego, ale wszystko co nas łączy, pomysły, języki, wszystko co się znajduje w naszych głowach. Jest to próba zwizualizowania beznarodowego świata wolnego od uprzedzeń i różnic kulturowych.

PI: Tekst do „Der Leiermann” jest zapożyczony od niemieckiego poety romantycznego, Wilhelm’a Mueller’a. Dlaczego wybraliście ten wiersz?

JM: Eskil jest wielbicielem Franciszka Schuberta, a Leiermann jest częścią cyklu pieśni Die Winterreise napisanej do muzyki Schuberta. Pomysł napisania muzyki do słów jakiegoś niemieckiego poety romantycznego pojawił się już wcześniej, głównie ze względy na jasny i kolorowy sposób w jaki potrafili wyrażać swoje myśli i marzenia, życie i śmierć. Wydaje mi się że niemieccy poeci romantyczni potrafili uchwycić coś z tego oryginalnego gotyku w swoich dziełach. Sam nie uważam siebie za „gotycką” osobę, ale coś jest w takich klimatach co mnie pociąga, zresztą takie rzeczy lubi cały zespół. W studiu mielismy zbiór piosenek Mueller’a, i staraliśmy się jakoś ją wykorzystać, ale jakoś to nie wychodziło i wreszcie odłożyliśmy ten pomysł do szuflady. Potem nagraliśmy Like Tears in the Rain, i jak skończyliśmy prace nad nim wieczorem wróciłem do domu. Następnego dnia wróciłem tam i okazało się, że Eskil spędził w studiu całą noc. Kiedy go obudziłem puścił mi Leiermanna. Dokańczał tą piosenkę i nagle wpadł na pomysł aby do tej muzyki użyć słów Muellera. Wydawało się jakby ten utwór po prostu czekał na ten tekst. Po prostu genialnie się dopasowały. Muszę przyznać, że na początku nie byłem do końca przekonany do tego pomysłu. Nasze teksty są po angielsku aby były zrozumiałe dla jak największej ilości osób. Nagranie piosenki po niemiecku było zupełnym zaprzeczeniem tej idei. Później wysłaliśmy to jako propozycje singla do Dependent Records, właściwie w formie dowcipu. Tak się im spodobało, że chcieli z tego zrobić singiel, ale mi się ten pomysł nie podobał. Wreszcie udało im się nas namówić na wydanie tego jako single w Niemczech. I w końcu okazał się być naprawdę wielkim hitem.

PI: Tytuł “oryginalnej” wersji, “Tears in the Rain” [niczym krople w deszczu]...

JM: ... Jest z Bladerunnera (łowcy androidów). Wydaje mi się, że scena w filmie kiedy padają te słowa jest jedną z najlepszych scen w historii kinematografii. Trzyma (Roy, grany przez Rutger’a Hauer’a) w swoich rękach gołębia, umiera, a gołąb odlatuje. To piękny obraz, a sposób w jaki to mówi jest bardzo poruszający dla mnie i Eskila.

PI: Czy filmy inspirują Covenanta muzycznie?

JM: Bardzo. Na przykład Andriej Tarkowski, który nakręcił “Stalkera” Także filmy takie jak Blade Runner (Łowca Androidów). Generalnie lubimy filmy science –fiction, także rzeczy jak Metropolis z 1927 roku. Poza tym na pewno Lars Von Trier, i wielu innych.

PI: Skoro mowa o filmach science fiction, to zdaje się, że piosenka “Pain Amplifier” ma w sobie dużo sampli z “Diuny” Davida Lyncha...

JM: Tak, bębny w rzeczywistości są przesamplowanym dudnikiem, urządzeniem, którym wzywa się czerwie pustyni. Także krzyk jest wzięty z momentu, w którym Paul wkłada dłoń do pudełka Heleny Gaius Moheim. Dźwięk spięcia elektrycznego również jest z filmu. Zresztą większość dźwięków w tej piosence jest wzięta z filmu.

PI: Jednym ze znaków rozpoznawczych Covenanta jest ciężki beat i wpadające w ucho melodie, poza tym inteligentne teksty. Czy to było czymś co samo przyszło czy wyewoluowało z czegoś co było wcześniej?

JM: U nas wszystko się bierze z planów i konceptów. Jak wspominałem Eskil studiował teorie muzyki. Więc to przyszło samo, ale dlatego bo my chcieliśmy aby tak było. Wszystko ma być zorganizowane, bez zbędnych elementów. Wszystko co tam słychać jest tam z jakiegoś powodu, i to się tyczy również tekstu. Wielu ludzi tworzących muzykę elektroniczną jest uwodzonych przez maszyny i wiedząc, że mogą zrobić taki-i-taki dźwięk i starają się to wszystko tam upchać. Wychodzi coś co jest przeładowane dźwiękiem i słuchacz się nie może na niczym skoncentrować. Dla nas maszyny muzyczne są czymś co ma realizować nasze marzenia. To my decydujemy co one maja grać, nie na odwrót. Oczywiście nie jest to proste. Nigdy nie da się przywidzieć tego, się stanie jak coś zrobisz, tak więc musisz wszystkiego wypróbować i zobaczyć co jak działa. Dlatego tyle nam zajmuje nagranie nowego albumu.

PI: Czy ostatni utwór na United States of Mind, “You can Make Your Own Music”, jest swojego rodzaju prowokacją artystyczną?

JM: Tak. Jest to też hołd złożony John’owi Cage’owi. Miał utwór, który się nazywał bodajże Silence 4.23 (cisza 4.23). Więc nasza wersja jest o sekundę krótsza, ale pomysł pozostał ten sam. Jak się ma pewną ilość ciszy da się ją zapełnić wszystkim. Ideał był taki, aby cisza leciała, a osoba słuchająca miała chwilę refleksji, stworzyć swoją własną muzykę w swojej głowie. Także jest to troszkę prowokacyjne, próba zmusić ludzi do aktywności twórczej.

PI: Na Northern Light piosenki są wolniejsze i nie mają przesterowanych bębnów tak jak na wcześniejszych wydawnictwach. Skąd ta zmiana?

JM: Bo nie chcemy być zespołem „klubowym”, a w pewnym momencie to było poważnym zagrożeniem. Większość osób znała tylko te utwory, które były grane na imprezach. Jak spotykaliśmy fanów po koncertach to zawsze mówili, że ich ulubionymi piosenkami są Figurehead, Deadstars albo Stalker, więc to co dało się usłyszeć w klubach. Mało było osób które dostrzegały inne ważne rzeczy w tym co robimy. Tak więc chcąc odpłynąć od szufladki „zespołu klubowego”. Poza tym mieliśmy potrzebę wyrażenia innych uczuć. Robienie takich „wolnych” piosenek było dobrym sposobem na wyrażenie tych uczuć. Dało to też szansę skoncentrować się na atmosferze i wokalach w bardziej wydajny sposób. My chcieliśmy poeksperymentować z tym i zobaczyć co się stanie. Chociaż teraz skoro zrobiliśmy parę takich wolniejszych piosenek może pora znowu wrócić do ostrego beatu...

PI: Skoro mowa o wolnych utworach to na waszej pierwszej płycie jest niesamowity kawałek “Cryotank Expansion”. Jak on powstał, bo wydaje się strasznie skomplikowany.

JM: Nagrywaliśmy ją bardzo długo, bo jak ona powstawała mieliśmy tylko bardzo prosty sampler, który nie mógł tworzyć długich dźwięków, tak więc trzeba był tworzyć wiele warstw i każda musiała być nagrywana osobno. Ale właściwie to był eksperyment. Na utwór składają się cztery części, które tworzą wyimaginowany obraz jednej doby w mieście przyszłości, swojego rodzaju tło muzyczne. Tło dla tego jak ludzie przyszłości jedzą, podróżują, śnią. Pod koniec wchodzi wokal...

PI: A czy będziecie eksperymentować dalej w tym kierunku w przyszłości? A może myśleliście o koncept albumie?

JM: Eksperymentować będziemy na pewno, zobaczymy co z tym koncept albumem. Mamy pomysł z graniem na żywo z muzyką inspirowaną na komputerach. Wziąć parę piosenek covenanta i zmienić ich formę, wydłużyć je, zbadać pełne możliwości piosenki. Coś takiego by miało trwać koło 3 czy 4 godzin. Ale to by zajęło dużo czasu, więc nie wiem. Ale chyba cały czas byśmy zostali w ramach dobrej muzyki pop.

PI: Ostatnie pytanie co do United States of Mind: Co się znajduje na okładce? Wygląda bardzo interesująco...

JM: To kwiatek. Sam środek kwiatka, powiększony.

PI: A zdjęcia z okładki i książeczki Northern Light?

JM: Zrobiliśmy je na północy Szwecji w lato 2002 roku. O tej porze roku jest tam noc polarna, więc kiedy robiliśmy te zdjęcia była chyba 3 albo 4 nad ranem. Wygląda to niesamowicie, tak jak widać na zdjęciach. Natura inspiruje nas i naszą muzykę i specyficzne uczucie jakiego człowiek doznaje będąc tam, i chcieliśmy to uczucie uchwycić na zdjęciach.

PI: Sami zrobiliście te zdjęcia?

JM: Nie, poleciliśmy wykonanie ich agencji fotograficznej z Berlina

PI: Waszą ostatnią firmą płytową była Ka2, część Sony. Jak się z nimi współpracuje?

JM: Niestety współpraca się skończyła, bo oni już nie istnieją. Sony miało kłopoty finansowe i byli zmuszeni zamknąć parę swoich pododdziałów. Ale to co było będę miło wspominał, bo w pełni respektowali nas i nasze podejście do muzyki. Zasada była bardzo prosta: „My robimy muzykę jaka się nam podoba, a wy nam za to płacicie. Idziemy do studia i wy nie usłyszycie materiału aż nie skończymy”. Oni to przyjęli, i za wszystko zapłacili. Bardzo się cieszę, że mieliśmy okazję stworzyć tak dobrze wyprodukowany album i współpracować z zawodowcami tej klasy. Sprawa jest taka, że tacy zawodowcy są drodzy, i potrzebne jest wsparcie dużej wytwórni aby sobie na coś takiego pozwolić.

PI: A kto produkował wasze poprzednie albumy?

JM: Sami to robiliśmy.

PI: Parę piosenek z „Northern Light” brzmi jakby były nagrywane z prawdziwym, „żywym” perkusistą...

JM: Tak, zatrudniliśmy profesjonalnego perkusistę, z którym nagraliśmy materiał na loopy. Właściwie był to pomysł producenta, i sceptycznie podszedłem do tego, ale facet zasadniczo miał sporo fajny pomysłów. Na przykład nagrywaliśmy ścieżki perkusji dwa razy szybciej na analogowe kasety i potem zwalniane do prędkości docelowej. Akurat perkusista był fantastycznym muzykiem i nie było kłopotów z czymś takim. Dźwięk na tym bardzo korzystał, był znacznie bardziej „suty”. Było to bardzo interesujące, zupełnie nowe techniki nagrania.

PI: Ale wielu fanów Covenanta to zaskoczyło. Dla nich waszym znakiem charakterystycznym był ten twardy, mocny, przesterowany beat. Więc jaki jest twój stosunek do tej płyty prawie rok po jego wydaniu?

JM: Bardzo mi się podoba. Wydaje mi się, że zbliżyliśmy się na nim do nagrania doskonałego albumu. Naprawdę to co wyszło się nam bardzo podoba.

PI: Czy jak patrzysz na przeszłość to widzisz albumy których nie lubisz, albo uważasz, że moglibyście je lepiej nagrać?

JM: Zawsze da się zrobić coś lepiej. Zawsze byliśmy perfekcjonistami, ale trzeba się też przyzwyczaić do rzeczywistości. Ale wszystko co kiedykolwiek robiliśmy zdawało się nam tworzyć zgraną całość kiedy to robiliśmy. Nigdy byśmy nie użyli materiału do którego nie bylibyśmy do końca przekonani. W takim wypadku zrobilibyśmy po prostu coś innego. Tak więc mogę uczciwie powiedzieć, że lubię wszystkie nasze albumy. Oczywiście w zespole panuje swojego rodzaju demokracja trzech osób i nie zawsze szliśmy droga, która by mi najbardziej odpowiadała, ale uważam, że trzyma się to wszystko kupy.

PI: Kiedyś ktoś grający w zespole rockowym powiedział mi, że w robieniu muzyki nie ma miejsca na demokracje, jest to raczej kwestia przekonań i pasji – osoba, która z największą pasją odnosi się do jakiegoś fragmentu powinna być dopuszczona do głosu w pierwszej kolejności. Czy podobnie jest z Covenantem?

JM: Wydaje mi się, że podejmujemy decyzje odnosząc się do jakości. Osoba, która wpadnie na najlepsze rozwiązanie wygrywa. Myślę, sposób w jaki wkładamy emocje w to co robimy nie bierze się z samego grania, ale z śpiewu i tekstów. Tak więc wydaje mi się, że w muzyce elektronicznej obowiązują inne reguły. Ale gdybyśmy grali na "normalnych" instrumentach to pewnie by to właśnie w taki sposób wyglądało.

PI: Czy kiedykolwiek improwizujecie podczas koncertów?

JM: Tak, oczywiście! Jak najwięcej możemy. Miejsce na improwizacje zawsze jest kłopotem w zespołach grających muzykę elektroniczną. Ale staramy się grać różne rzeczy w inne sposoby, używając innych dźwięków.

PI: Od jakiegoś czasu wasza strona internetowa www.covenant.dk była zdjęta z sieci z powodu kłopotów z Sony. Co się stało?

JM: Od kiedy Ka2 zostało zlikwidowane nie było nikogo kto by się zajmował tym ze strony Sony. Chcieli zrobić porządek, więc wywalili parę stron. W tej chwili jest to raczej problem natury biurokratycznej, bo nie wiadomo kto właściwie jest właścicielem adresu, i właśnie się staramy wywiedzieć o to w pionie prawnym Sony, jak i w dziale reklamy. Ale to wielka korporacja i to może nam zabrać trochę czasu, bo jakieś 500 zespołów jest obsługiwane tam przez dwie osoby, które są tym i tak przemęczone. W tej chwili wróciliśmy z miesięcznej trasy po stanach, ale mam nadzieje, że jak wrócę do domu to uda mi się wreszcie tą sprawę rozwiązać.

PI: Ale kupiliście nowy adres, www.covenant.se.

JM: Tak, ale chcemy użyć projektu oryginalnej strony i je rozszerzyć. Do póki nie odzyskamy adresu .dk nie możemy tego po prostu przekierować. Chcemy tam dodać trochę więcej treści, i pomaga nam w tym nowy, bardzo dobry, webmaster.

PI: Na sieci jest też bardzo interesująca strona poświęcona Covenantowi zrobiona przez fana, www.plastiq-flowers.de.

JM: Tak, jest to strona Thomasa, naprawdę fajnego faceta. Robi ta stronę od lat pomimo, że nie zostaje za to żadnego wynagrodzenia. Właściwie to wydaje mi się, że jego strona jest lepsza od naszej. Spotkaliśmy się z nim parę razy, zawsze go zapraszamy jak gramy w Dreźnie. Naprawdę sympatyczny facet.

PI: Eskil wyprodukował album Aarona Sutcliffe’a „Last Train to Salinas” (Side projekt Johana, jednego z klawiszowców S.P.O.C.K.’a). Skąd się wziął pomysł grania utworów Elvis Prestleya w wersjach electro?

JM: Johan jest wielkim fanem Elvisa. Jest naszym znajomym i jakoś tak wyszło, że poprosił nas o pomoc nad swoim side projectem. Eskil nigdy nie był fanem Elvisa, nie znał jego muzyki. Ale Johan zagrał mu parę kawałków i Eskilowi się pomysł spodobał i zdecydowali się pracować nad tymi nowymi wersjami. Wydaje mi się, że niektóre naprawdę nieźle wyszły. Ale sam pomysł był raczej zabawą.

PI: A czy są jakieś inne zespoły z którymi współpracowaliście na poziomie twórczym?

JM: Nie w taki sposób. Na życzenie innych osób robiłem loopy i różne dźwięki, ale nie na dużą skale.

PI: Wiele innych zespołów remiksowało wasze utwory. Czy są jakiekolwiek remiksy, które wolicie od swoich oryginalnych wersji?

JM: Ja najczęściej wolę wersje oryginalne. Prawie zawsze. Ale wydaje mi się też, że sposób w jaki wybieramy osoby, które maja nas mixować jest nieco nietypowy, bo bardzo często robią to nasi znajomi, którzy zazwyczaj nie są znani, ale tworzą bardzo interesujące rodzaje muzyki. Na przykład wersje Disco Calculi z Euro EP. Disco Calculi to dwaj bracia, którzy tworzą muzykę na bardzo starych komputerach i momentami wychodzą im bardzo dziwne rzeczy. Czasami prawie industrial, ale słychać, że ich korzenie tkwią w IDM’ie. Lubię jak jakiś utwór jest zremixowany do tego stopnia, ze ledwo da się go poznać. Wydaję się mi, że najlepszy remix naszego utwory to remix Bullet Ellen Allien z singla do Bullet.

PI: Skoro mowa o Bullet, to mógłbyś nam powiedzieć coś o klipie jaki do niego nakręciliście?

JM: Został on nakręcony przez Berlińską firmę, która się takimi rzeczami profesjonalnie zajmuje. Pomysł aby to zrobić jak to zrobiliśmy właściwie był reżysera, bo my nigdy nie byliśmy dobrzy w sprawach wizualnych, zawsze to ktoś za nas robił. Sam klip jest zainspirowany filmem AI Stevena Spielberga. Zresztą treść klipu jest podobna. Piosenka jest o czasie. Ja i Clas stwarzamy Eskila, i jak czas mija robot się starzeje, a w końcu jest wyrzucany na śmietnik. Wydawało się nam, że tak się da ukazać mijający czas. A klip nakręciliśmy w starym, nieużywanym od 60 lat magazynie w wschodnim Berlinie, co dało całości taki nieco „blade runnerowski” klimat.

PI: Wydaje się, że sporo was łączy z Berlinem. Czy to dlatego, że macie tam dużo fanów?

JM: Cóż, Eskil mieszka tam już od paru lat. Ale właściwym powodem dla którego Berlin jest taki ważny dla nas jest teraz głównie taki, że jak nagrywaliśmy Northern Light Sony i Ka2 organizowało nam bardzo dobrych i drogich ludzi do pomocy nad tworzeniem wszystkiego związanego z tym albumem, a wielu takich ekspertów mieszka właśnie w Berlinie: fotografowie, firmy zajmujące się teledyskami, i tak dalej. Poza tym przebywanie w Berlinie jest bardzo poręczne, bo stąd jest tylko parę godzin jazdy samochodem do naszego rodzinnego Helsingborgu w Szwecji.

PI: Tak więc łatwo jest szybko się spotkać i nagrać coś?

JM: Tak, dokładnie. Poza tym Berlin jest niesamowicie inspirującym miejscem. Ma w sobie tyle energii.

PI: Planujecie jakieś koncerty w Polsce w nieokreślonej przyszłości?

JM: Wydaje mi się, że by było bardzo fajnie gdyby to wyszło. W zeszłym roku mieliśmy grać, ale z jakiegoś powodu byliśmy zmuszeni to odwołać... Wydaje mi się, że to miało być w Poznaniu. Bardzo chcielibyśmy zagrać w Poznaniu, ale kłopot polega na tym, że wielu organizatorów nie ma pieniędzy aby sprowadzić to co potrzebujemy aby zagrać. Nie chcemy pojechać i...

PI: Stracić pieniądze?

JM: Nie, sama strata pieniędzy nie byłaby aż takim kłopotem. Ale chodzi o to, że chcemy dać dobry koncert. Wolimy nie dawać koncertu niż dać jakiś kiepski z którego nikt nie będzie zadowolony. Aby koncert był dobry potrzebujemy paru osób: inżyniera dźwięku, dobrego oświetleniowca, dobrego sprzętu i jak na razie żaden organizator nie był w stanie tego nam zapewnić. Chociaż jak będziemy na trasie w Niemczech to może wpadniemy i wszystko weźmiemy z sobą. Jeszcze zobaczymy.

PI: W jaki sposób wpadliście na pomysł noszenia garniturów na koncertach? Paru artystów też tak robi, ale mimo to jest to swojego rodzaju ewenementem...

JM: Lubimy garnitury, i wydaje mi się, że w naszej muzyce jest swojego rodzaju elegancja, którą chcemy podkreślić. Lubimy eleganckie rzeczy. Poza tym wydaje mi się, że takie nastawienie wychodzi naprzeciwko oczekiwań sceny gotyckiej, electro i im podobnych. Ludzie związani z tą sceną bardzo często starają się wyglądać jak najbardziej „trashy” [nie wiem jak to przetłumaczyć, chodzi o taki nieco „śmieciowaty”, punkowy strój publiki jaki często da się zaobserwować na festiwalach, jak nie wiadomo o co chodzi to zapraszam do galerii z Wave Gotik Treffen :> – M_Alex], tak więc taki strój jest też poniekąd prowokacją. Na przykład dlaczego byś chciał wyglądać jak ten naśladowca Draculi tam [Joakim wskazuje na osobę ubraną jak przerysowana wersja Beli Lugosiego z kilogramem makijażu na twarzy]? Oczywiście, na swój sposób jest to piękne, ale jest to też popadnięcie w jakąś rutynę w obrębie tego środowiska. Robi się coś tylko dlatego, bo jest to przyjęte w kanon danego środowiska, i noszenie w takiej sytuacji garnituru jest po prostu swojego rodzaju indywidualizmem. Pomaga nam podkreślić to, że jesteśmy inni.

PI: Zawsze się ubieraliście w ten sposób na swoje koncerty?

JM: Na początku ubieraliśmy się bardzo różnie. Budowaliśmy wielkie stroje z plastiku, które wyglądały jak jakieś wielkie konstrukcje, a na koncertach nie było innych świateł poza stroboskopami, i do tego dużo dymu. Wyglądaliśmy jak wykręceni samuraje z kosmosu. Było to szalone, ale zajmowało nam to z 6 godzin aby przygotować, poza tym w plastikowych workach były nam zbyt gorąco, nie było to zdrowe. Potem mieliśmy szaty nieco przypominające szaty duchownego, ale były zbyt gotyckie. Ale poza sceną zawsze nosiliśmy garnitury, i był to swojego rodzaju znak towarowy, zawsze podróżowaliśmy w garniturach, to czemu w nich nie zostać na czas koncertów?

PI: Kiedy zaczynałem słuchać tego typu muzyki elektronicznej moimi ulubionymi zespołami szybko stały się Covenant, VNV Nation i Apoptygma Berzerk. Ale Apoptygma ostatnio stosunkowo drastycznie zmieniła swój styl grania. Nie wiesz dlaczego tak się stało?

JM: Wydaje mi się, że Stefan chce po prostu tworzyć tego typu muzykę. On lubi taka muzykę, to banalny powód. Wiele osób uważa, że to jest sprzedaniem się, bo sprzedaje najwięcej płyt z naszej trójki. Po prostu wszedł z dużym potencjałem na szeroki rynek. Może i kusiła go taka możliwość, ale na pewno starał się też pozostać wierny pierwotnym założeniom swojego zespołu. Nie rozmawiałem z nim już od jakiegoś czasu, ale wiem, że opinie na temat jego poprzedniego albumu go zdołowały. On starał się być uczciwy, tworząc taką muzykę, jaką sam lubi. Wydaje mi się, że dla podobnych przyczyn my się zmieniamy cały czas. Aby pozostać ciekawym, trzeba się zmieniać. Ale wiem też, że pracuje teraz nad czymś znacznie mroczniejszym.

PI: Co kryje przyszłość dla Covenanta? I co nam możesz powiedzieć o Bruderschaft?

JM: Bruderschaft jest właściwie tylko nazwą. Nagrałem parę loopów bo chcieli aby wszystkie „duże” zespoły wzięły udział w tym przedsięwzięciu. Projekt ma dostarczać pieniędzy na badania nad chorobami nowotworowymi, więc jest to rzecz bezdochodowa robiona w dobrej wierze. Poza tym wszyscy, którzy biorą w tym udział są naszymi przyjaciółmi. A jeżeli chodzi o Covenanta to mamy nadzieje wrócić do studia jak najszybciej. Właśnie skończyliśmy sporą trasę po USA. Nie było mnie w domu przez sześć tygodni. Więc teraz posiedzę tam przez parę tygodni, a potem zabieramy się do roboty nad nowym albumem.

PI: Nie będzie już singli do Northern Light?

JM: Nie.

PI: Wróćmy na chwilkę do Teledysku do Bullet. Kiedy oglądałem go po raz pierwszy zauważyłem pewne podobieństwa z wizualną stroną Kraftwerka, no i ta fascynacja robotami...

JM: Cóż, to nie było czymś zamierzonym, ale faktycznie to tak wygląda. Roboty są fajne!

PI: Dziękuję bardzo za wywiad, bardzo przyjemnie się rozmawiało!

-- M.Alexander [27 stycznia 2004]



ostatnie wywiady autora:
Alexander Veljanov (Deine Lakaien) -- [9 marca 2004]
Hocico / Dulce Liquido -- [2 sierpnia 2003]
Coil -- [9 marca 2003]
Colony 5 -- [21 lipca 2002]
Das Ich -- [14 września 2001]
  więcej...

powrót do wywiadów »


Szukaj:

nowe na stronie:
Roman Wierciński - We ar…
Jan Grünfeld - Music f…
Simfonica - Song of the…
Roman Catholic Skulls…
Chvad SB - Phenomenali…
Lonsai Maikov - Déce…
Robert Henke w Chorzowie
Dog in the Evening…
Sublamp - Cathedrals o…
Eric Hofbauer Quintet…
Dagshenma - Humane to…
MNL 9 - Morning Mystery
Przypadki Derniere Volonte
Fasci di Combattimento…
Loren Connors - Portrait…
Aine O'Dwyer - Music…
Pierre Schaeffer - Ci…
Willy Stamati - Industri…
Lulu Rosenkrantz - Weltg…
People Like Us - This…
więcej »

polecamy | więcej »

© 1996-2017 postindustry.org


wygenerowane w 0.054 s.