¤ Przemysłowy Rock dla początkujących ¤

Fanom industrialnego rocka szykuje się całkiem niezły rok. Światło dzienne ujrzały nowe płyty Nine Inch Nails i Skinny Puppy a nowa płyta Marilyn Mansona jest już w drodze. W zeszłym roku ukazał się genialny album Ministry. Jednak jak każda szufladka ta też wzbudza kontrowersje wśród swoich fanów.

Wiele fanów Industrialu czytając ten wstęp pewnie złapało się za głowę, bo istnieje spora grupa, która uznaje takie kapele jak wyżej wymienione za zwykły pop, bo pamięta, że jeszcze 20 lat temu industrial był czymś zupełnie innym. Tak więc zacznijmy od początku.

Wszystko się zaczęło na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, kiedy grupa artystów performance’owych z COUM Transmission postanowiła przełożyć swoje bulwersujące i obrazoburcze instalacje na język muzyki. COUM Transmission składała się właściwie z dwóch osób: Genesis P-Orridge’a (właść. Neil Megson) i Cosey Fanni Tutti (właść. Christine Newby). Ich performance’e szokowały od 1971 roku. Tak oto P-Orridge opisuje jeden z performance’ów: „doczepiałem do swojego członka odcięte kurze głowy i onanizowałem się, wysypując na siebie czerwie”. Wśród innych ciekawostek było wymiotowanie na siebie nawzajem czy też ukrzyżowania i obwieszanie się dekoracjami typu ucięte kurzych stópek. Można by sie spytać po co, ale P-Orrigde miał odpowiedź. Celem COUM Transmission było brnięcie w swoje własne sny i obsesje i dawanie im upustu, a także nieuznawanie żadnych granic. Działalność przeciwko wszelkim aspektom kultury w obrębie których działali. Poza performance’ami były też różne wystawy, instalacje, a wszystko zazwyczaj było przy akompaniamencie swoistej antymuzyki, tworzonej poprzez różne, zupełnie nie muzyczne sposoby na magnetofonach. I to własnie ta muzyczna strona ich działalności zaczęła być co raz ważniejsza. W roku 1975 powstało Throbbing Gristle, które było sekcją muzyczną COUM. Poza P-Orridgem i Fanni Tutti do grupy należeli jeszcze Chris Carter i Peter Christopherson. Pierwsza płyta, zatytułowana odpowiednio „Second Annual Report” ujrzała światło dzienne w 1977 roku wydana przez Industrial records. W porównaniu z tym co można było usłyszeć, cały punk był zbiorem kołysanek. Nie chodzi o to, że było ostro, ale o to, że to było zupełnie coś innego. Zamiast zamknąć się w granicach szeroko pojętej muzyki, Throbbing Gristle zwrócił się ku teorii manifestu „Sztuka Szumu” włoskiego futurysty Luigi’ego Russolo. Słuchając płyty słyszymy szumy, coś pulsuje, całość przypomina bardziej losowy dadaistyczny kolaż, niż zgrabną kompozycję. Jednek znaleźli się ludzie, którzy z przyjemnością słuchali czegoś nowego, zupełnie nie opartego na sztampowych melodiach i ogranych rytmach. Jednak Throbbing Gristle flirtował z bardziej „popowymi” aranżacjami, chociażby w takich utworach jak „United” czy „Hot on the Heels of Love”.
Inną grupą, która uznawana jest za tworząca fundamenty gatunku jest Cabaret Voltaire. Otwarcie odwołująca się do dadaizmu (Cabaret Voltaire był kolebką dadaizmu w Zurychu, w którym odbywały się różne performance’e odczyty, wystawy, etc.). W odróżnieniu od chaotycznych aranżacji Throbbing Gristle, ich kompozycje były oparte na zimnym wyliczeniu wszystkich dźwięków. Płyty Cabaret Voltaire wydawało – oczywiście – Industrial Records. Już w tej chwili zaczął się pojawiać pewien rozłam. Throbbing Gristle, pomimo paru utworów, w których flirtował z popem zawsze pozostawał w obrębie eksperymentowania z dźwiękiem. Cabaret Voltaire za to szedł inną ścieżką: w kierunku muzyki tanecznej.
Kolejnym zespołem, który odsłonił inną twarz industrialu był niemiecki Einstuerzende Neubauten. Zdawałoby się, że kierunek, jaki ten zespół odebrał, „jest dziełem przypadku. N.U. Unruhowi [perkusiście] skradziono perkusje. Więc w zastępstwo ukradliśmy ze śmietnika parę blaszanych i plastikowych beczek” wspomina Blixa Bargeld, lider formacji. Wkrótce brzmienie zespołu rozszerzyło się o kolejne akcesoria: wiertarki, sprężyny, sprężarki powietrza, łańcuchy, młoty pneumatyczne, a nawet wózki sklepowe. Były też gitary elektryczne, o których Blixa zazwyczaj wyrażał się pejoratywnie, i sam nigdy się nie uczył gry na nich, za to często z nimi eksperymentował wkładajac a to śrubokręt między struny, a to grając na niej wibratorem. Zespół jednak ewoluował, i chaotyczne kompozycje coraz bardziej się rozwijały. Od połowy lat dziewięćdziesiątych, wraz z albumami Ende Neu i Silence is Sexy zespół odszedł od „brudnego dźwięku” na rzecz kompozycji bardziej wyważonych, wyciszonych (sama nazwa Silence is Sexy dużo mówi). Nie oznaczało to jednak odejścia od tradycyjnego dla zespołu instrumentarium, cały czas można u nich usłyszeć walenie młotkiem o blachy i sprężyny czy też turbiny silników odrzutowych.
To był już początek lat 80’tych. Jednak w komunistycznej części Europy również powstała jedna z legend industrialu. Mowa oczywiście o słoweńskim (wtedy Jugosławiańskim) Laibachu. Laibach (nazwa jest wzięta od niemieckiej nazwy Ljubljany, stolicy Słowenii) rozpoczął działalność w przemysłowo-górniczym mieście Trbovlje. Młodzi Słoweńcy, a zwłaszcza ich przywódca, Tomaz Hostnik byli zafascynowani totalitaryzmem, autorytaryzmem, Niemcami, i, ogólnie, połączeniem sztuki i muzyki. Jednak już na samym początku działalności zespół napotkał kłopoty. Najpierw służba wojskowa członków, później samobójstwo Tomaza Hostnika. W 1983 roku Laibach wydał swój manifest, w którym określał się jako grupę mającą na celu przemysłową produkcje sztuki i organizacje totalitarną, gdzie jednostka nie ma głosu, liczy się tylko głos całości. Indywidualność jest nie dopuszczalna, liczy się anonimowość i praca na dobro kolektywu. Wcielani to w praktykę – zespół nie udzielał wywiadów, a jeżeli już się zdarzało to były one lakoniczne, czasami wręcz w formie kwestionariuszy. Odrzucono też ewolucje idei stojącej za Laibachem. „Nasza praca jest przemysłem, nasze słowa polityką” głosiło hasło na początku manifestu. Manifest był niewątpliwie bardzo prowokacyjny, a wkrótce doszło do kolejnej prowokacji. Grupa wystąpiła w popularnym programie polityczno informacyjnym, gdzie członkowie grupy wygłosili swoje idee, co poskutkowało w próbach zakończenia działalności grupy – odgórnie. Laibach trafił na czarną listę artystów. Nie dość, że zakazano im występów czy dzielenia się swoimi przemyśleniami / prowokacjami, to jeszcze dorzucono do tego zakaz stosowania samej nazwy zespołu. Dlatego pierwsza płyta kapeli była wydana bez nazwy na okładce, tylmo z charakterystycznym czarnym krzyżem, który po dziś dzień jest logiem zespołu. Ale zarzutów było więcej. Do USA zespół miał wilczy bilet, bo oskarżano ich o ekstremalny komunizm. Inni oskarżali ich o nacjonalizm, przesadny militaryzm, germanofilie, czy wręcz faszyzm. Po dziś dzień grupa ta wzbudza niesamowite kontrowersje, zresztą sama do nich prowokuje. NSK, czyli Nueu Slowenische Kunst, podobnie jak wiele innych pobocznych akcji Laibacha jest w języku niemieckim. Członkowie zespołu ubierali się w mundury wojskowe od początku swojego istnienia – zarówno słoweńskie, jak i nazistowskie, jak i na przykład połączenie nazistowskich z amerykańskimi. Jednak Laibach odzrzucał te oskerżenia, zwłaszcza jeżeli chodzi o faszyzm. Przynajmniej w teorii. Milan Fras, wokalista zespołu powiedział kiedyś, że Laibach są takimi samymi nazistami, jakim Hitler był malarzem. Ale przynajmniej o zespole zrobiło się głośno. Wtedy też odbyła się pierwsza trasa zespołu (po krajach europy wschodniej). Parę koncertów z powodu kontrowersji odwołano, jednak była to mniejszość. Wtedy też Laibach zawitał po raz pierwszy do Polski – zespół dał koncerty m.in. w Warszawie i Toruniu. Przyszła też pora na poważny kontrakt płytowy – z brytyjską wytwórnią Mute, dla którego wtedy gruoa nagrała jeden ze swoich najbardziej cenionych albumów – Opus Dei. Później zespół ewoluował i podążał w wielu kierunkach, od industrialnego rocka, który był niewątpliwie inspiracją dla Rammsteina, przez inspiracje techno, aż do nadawania swojej muzyce brzmienia typowego dla Ryszarda Wagnera. Jednak Laibach to nie tylko muzyka. To także instalacje multimedialne, czy też na przykład współpraca z teatrem (muzyka do scenicznej wersji Macbetha, w której zresztą zespół pojawiał się na scenie). Pomimo wielu kontrowersji, jakie otaczają ten zespół (podobnie jak wszystkie inne zespoły industrialne), Laibach jest jednym z ważniejszych zespołów gatunku. Ale wróćmy do tematu głównego.
Po tym, jak coraz więcej osób słyszało o wymienionych juz zespołach zaczęły powstawać nowe, które powoływały się na inspiracje industrialne. Niektóre były eksperymentalne (Nurse With Wound, Test Dept.), inne szły w kierunku elektronicznej muzyki tanecznej (Front 242, Nitzer Ebb, DAF), ale to zupełnie inna historia.

Ludzie dla ktorych industrial to prawdziwa antymuzyka, Throbbing Gristle jest najświętszą klasyką mierzi nazywanie kapel typu Nine Inch Nails mianem industrialu, czy nawet industrialnego rocka (jak może istnieć rock industrialny, skoro rock jest muzyką popularną, którą industrial kontestował?). Ale prawda jest taka, że sporo zespołów tworzących w ramach bardziej „muzycznego” grania inspirowało się artystami typu Throbbing Gristle czy Cabaret Voltaire. Jednym z takich zespołów był, a może nawet jest, Skinny Puppy. Całość się zaczęła kiedy panowie Kevin Crompton (dzisiaj cEvin Key) i pan Kevin Oglivie (dzisiaj Nivek Ogre) się poznali, i dosyć szybko się okazało, że mają po dziurki w nosie nowej fali, synth popu oraz (w szczególności) new romantic. Tak więc cEvin rzucił swoją robotę w Images in Vogue (kapela synth pop ciążaca powoli w kierunku new romantic) i założyli Skinny Puppy. Muzyka do pierwszych płyt może i była grana na instrumentarium zupełnie nie różniącym się od ekwipunku kapeli synth-popowej, ale nie liczy się to czego się używa, tylko jak się tego używa. Dziwacznie brzmienie syntezatorów okraszone różnymi samplami z horrorów, filmów dokumentalnych (np.: o LSD) czy kontrowersyjnych przemówień polityków oraz zniekształconym, przesterowanym wokalem Ogre’a pchnęło taneczny EBM w kierunku mroczniejszym, pełnym psychicznych odpałów, które momentami brzmią jak zły sen schizofrenika. Na pierwszych produkcjach dwóch Kevinów było wspieranych przez niejakiego Wilhelma Schroedera, który został zastąpiony przez Dwayne’a Rudolpha Goettela. Schroeder odszedł, zmienił sobie imię na Bill Leeb, i założył Front Line Assembly, jedną z najbardziej znanych kapel gatunku. Tymczasem Goettel doskonale się wpasował w klimat Skinny Puppy, i pomimo, że był najmniej medialnym z całej trójki, cichy i skryty w sobie, jego wpływ na brzmienie zespołu nie może być przecenione. To on odpowiadał za mocno elektroniczne brzmienie takich kawałków jak Antagonism czy Blue Serge, ale jego siła kryła się w jego kontaktach z cEvinem, który nie raz wspominał, że praca z Dwayne’em była jedną z najbardziej rozwijających rzeczy w jego karierze.
Ale jeżeli mowa o Skinny Puppy, to nie da się poprzestać na muzyce. Twórcy industrialu w wielu z jego inkarnacji, zarówno tych bardziej „tradycyjnych” jak i bardziej „normalnych” zazwyczaj często flirtowali z różnego rodzaju tematami powszechnie uznanymi za „niewygodne”, takimi jak pornografia (chociażby wymienione już COUM Transmission), samobójstwa (na koncertach Skinny Puppy były projekcje przedstawiające jak amerykański polityk Budd Dwyer uszlachetnia swoim mózgiem ścianę), różnego rodzaju ekscesy seksualne (znowu COUM, poza tym Nine Inch Nails, chociażby Happiness in Slavery), flirt z symboliką totalitarną (np.: wspomniany już Laibach). Koncerty Skinny Puppy były swojego rodzaju spektaklami: Ogre miotał się po scenie, to i owo podpalał, strzelał sam do siebie ślepymi nabojami, wychodził facet na scenę i tłukł mu o głowę butelką, albo dokonywał wiwisekcji na (nie prawdziwym) psie. W tle leciały rózne ciekawe projekcje, jak chociażby wspomniane już nagranie Budd’a Dwyera. Za najlepsze płyty Skinny Puppy uchodzą Mind: The Perpetual Intercourse, Cleanse, Fold and Manipulate, i Too Dark Park. Skinny Puppy rozpadło się z 1995 roku, po śmierci Dwayne’a, który przedawkował heroinę. cEvin skupił się na działalności swoich side projektów, zwłaszcza Download, a Ogre się krzątał, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Udzielał się m.in. w KMFDM. Kiedy po wielu nieudanych próbach udało mu się wreszcie założyć nową kapelę, ohGr, która jednak została dosyć chłodno przyjęta, Jedni mówili, że brzmi za plastikowo, inni nazywali sprawę po imieniu: płyta się szybko nudziła, piosenki nie za ciekawe, tandetnawe, a całości brakowało jaj. Jednak to się nie liczyło tak bardzo jak to, że mniej więcej w tym samym czasie pojawiły się słuchy, że Skinny Puppy się reaktywuje. Efektem tego był niesamowity koncert w Dreźnie na festiwalu Doomsday w 2000 roku, udokumentowany albumem Back and Forth 5: Doomsday. Jednak na nową płytę fani musieli czekać kolejne 4 lata, i efekt nie był do końca zadowalający, ale jakiś był, co i tak jest lepsze niż cisza jaką mieliśmy w świecie industrialnego rocka od połowy lat 90’tych przez jakieś 7-8 lat: Fornt 242 karygodnie długo milczał, Trent Reznor wydaje jedną płytę na 5 lat, ludzie z KMFDM sami za bardzo nie wiedzieli czy istnieją czy nie, a pesymiści codziennie przeglądali gazety w poszukiwaniu informacji czy Al Jourgensen, twórca i mózg Ministry w ogóle jeszcze żyje. Było też oczywiście światełko w tunelu, ale o tym za chwilę.
Al Jourgensen, posiadacz norweskiego nazwiska urodził się w... Hawanie. Tak, na Kubie, a nazwisko otrzymał po swoim ojczymie. Któregoś pewnego dnia w łapki Al’a wpadł jakiś lżejszy narkotyk, za co rodzina go oddelegowała do szpitala dla psychicznie chorych (wtedy w USA w takich przybytkach się leczyło osoby uzależnione od narkotyków). Al naszczęście był bystrym chłopakiem, i szybko się zaprzyjaźnił się z pewnym pielęgniarzem, który w następstwie zaprzyjaźnił go z całą tablicą Mendelejewa w postaci różnych ciekawostek, w tym prawdopodobnie heroiny. Wspominam o tym bo, niestety, heroina w życiu Al’a się pojawiała przez wiele lat. Ale wróćmy do muzyki. Al grał w paru zespołach punkowych, po czym założył Ministry, a wkrótce dołączył do niego Stephen George. Dosyć szybko udało się Al’owi podpisać kontrakt z wytwórnią Arista i wydać płytę którą po dziś dzień uważa za jedną ze swoich największych porażek „Czy jej słucham? Ja nawet jej nie mam! Tego się nie da słuchać!” mówi dzisiaj Al. Dla wyjaśnienia: płyta brzmi jak typowy pop lat 80. Dobra dla fanów Michaela Jacksona, ale w przeciwnym razie – szkoda waszych pieniędzy. Ja, jako osoba doceniająca pewne elementy twórczości Jacksona mam tę płytę, ale naprawdę, z industrialem ona nie ma nic wspólnego nawet przy zastosowaniu najbardziej liberalnych kategorii. Kontrakt więc dostał kopa w tyłek, George również. A Al nagrał kolejną płytę, ciągle elektronicznie, ale zdecydowanie ambitniej od pierwszej. Twitch jest płytą niewątpliwie EBMową, i to całkiem niezłą, ale Alowi to też nie pasowało, więc z półki wziął gitarę, i powstało the Land of Rape and Honey. Wtedy do Ministry doszedł drugi stały członek, Paul Barker. Późniejsze płyty Ministry były coraz bardziej czadowe, aż do takiego stopnia, że można powiedziećm że Ministry gra metal. Ale za to jaki metal! Elektronika nie zniknęła zupełnie, sampli ciągle było w bród, ale estetyka Ministry była bliższa metalowi niż industrialowi. Niestety, w ministry zaczęło się dziać źle. Uzależnienie Ala od heroiny zaczęło negatywnie wpływać na muzykę, i płyty Filth Pig i Dark Side of the Spoon były raczej chłodno przyjęte. Później było parę lat milczenia. Chodziły słuchy o zakończeniu działalności zespołu, naszczęscie okazało się inaczej. Al rzucił nałóg, a w 2003 roku światło dzienne ujrzał album Anomositisomina. Znowu ostro, szybko, płyta pełna czadu. Następna płyta wyszła w ciągu roku, ale już bez Barkera, który postanowił opuścić zespół. Spowodowało to trochę obaw o brzmienie nowej płyty, zatytułowanej Houses of the Mole, jednak jak się wkrótce okaząło – były to obawy niesłuszne. Ministry wydało najszybszą, najostrzejszą, najbardziej przesączoną punkowym czadem płytę od czasów ich świetności, kiedy to światło dzienne ujrzały The Mind is a Terrible Thing to Taste i Psalm 69.
W karierze Ministry pomogła niesamowicie wytwórnia płytowa, z którą zespół był związany przez parę lat – Wax Trax! Wax Trax! Oryginalnie był sklepem płytowym w Denver w USA (zresztą do dzisiaj otwartym). Któregoś dnia założyciele tego sklepu przenieśli się do Chicago i po pewnym czasie założyli firmę płytową. Początki bywają trudne, ale okazało się, że istneje popyt na to co firma oferuje, a oferowała całkiem sporo. Wystarczy wymienić Ministry, KMFDM, My Life with the Trill Kill Kult, Sister Machine Gun... Poza tym firma ta dystrybuowała w USA parę zespołów europejskich, takich jak Coil czy Front 242. Niestety po paru latach rozwoju w firmie zaczęło się dziać coraz gorzej. Jako, że wtedy w USA takie brzmienia były popularne, duże firmy płytowe odebrały Wax Trax! Najbardziej smakowite kąski, takie jak chociażby Ministry. Było coraz gorzej, coraz gorzej, i wkrótce doszło do tragedii. Zmarł Jim Nash, założyciel wytwórni. Był to de facto jej koniec, a wkrótce ona została wykupiona przez firmę TVT. Wielu artystom się to nie podobało, co spowodowało nagrywanie „płyt – zapychaczy” aby jak najszybciej wywiązać się z kontraktu, parę zespołów się nawet rozpadło. Jak to ujmuje Sascha Konietzko z KMFDM, kontrakt z TVT był wyzyskujący, niesprawiedliwy i krępujący artystycznie. Zresztą nie tylko zespoły z Wax Trax! miały kłopoty z TVT.
W 1989 roku 23 letni Trent Reznor jako Nine Inch Nails wydał płytę Pretty Hate Machine. Firma płytowa zagwarantowała Reznorowi niezłe warunki, mało kto może się poszczycić takimi producentami swojej pierwszej płyty jak Flood, Adrian Sherwood czy John Fryer i nagrywaniem płyty w różnych miejscach w USA i nawet w Wielkiej Brytanii (chociaż było to raczej spowodowane tym, że Flood właśnie produkował płytę Depeche Mode). Niestety pomimo tego stosunki na linii TVT – Nine Inch Nails sie bardzo popsuły. Reznor po prawie Synth Popowej płycie (chociaż bardzo mrocznej) chciał iść w kierunku bardziej gitarowego brzemienia. W tej chwili TVT zrobiło wszystko aby go przyblokować i zmusić do wybrania bardziej komercyjnej ścieżki. Reznor się nie dał, ale przepłacił to długim procesem sądowym, podczas trwania którego nie mógł legalnie nic wydać jako NIN. Poza tym, miał też przez jakiś czas płacić TVT tantiemy z płyt, które wyda w przyszłości (dlatego na starszych wydawnictwach the Downward Spiral mamy logo TVT Records). W odpowiedzi na swoje rozczarowanie światem muzycznym Reznor założył własną wytwórnię płytową, Nothing, razem z Johnem Malm, Jr, swoim menadżerem. Reznor jest jedną z najpopularniejszych postaci rocka industrialnego. Prawdziwą popularność Nine Inch Nails zyskało po występie na Woodstock, po którym ich płyta The Downward Spiral (po dziś dzień uważana za ich najlepsze wydawnictwo Reznora) sprzedała się w ponad 4 milionach egzemplarzy. Na następną płytę Nine Inch Nails przyszło fanom czekać ponad pięć lat, ale w między czasie Reznor nie próżnował. Produkował ścieżki dźwiękowe (m.in. do Lost Highway i Natural Born Killers czy do gry komputerowej Quake) i płyty pewnego pana, ale o tym za chwilę. Nine Inch Nails przeniosło swoją siedzibę z Los Angeles (The Downward Spiral było nagrywane w domu gdzie w 1969 roku banda Charlesa Mansona zabiła żonę Romana Polańskiego, Sharon Tate) do Nowego Orleanu, gdzie Reznor założył Nothing Studios. Kiedy wyszła płyta The Fragile, fani mieli mieszane uczucia, ale prawda jest taka, że Reznor nigdy nie nagrał dwóch płyt, które byłyby w takim samym klimacie. Nie wszystkim do gustu przypadł dwupłytowy koncept-album, ale pomimo tego było to niesamowite wydawnictwo. Kolejne lata mijały, a i NIN ani widu, ani słychu, do czego, niestety Reznor zdążył nas już przyzwyczaić. Jest wiele przyczyn tego, chociaż na szczęście właśnie wydarzył się wyjątek: Year Zero (które tchnęło dużo świeżości w NIN) ukazało się w niecałe dwa lata po With Teeth.
Napisałem, że Reznor jest jednym z najpopularniejszych i najbardziej kontrowersyjnych artystów okolic, jakie określiliśmy mianem „industrialnego rocka”. Trochę przegiałem, bo to się zmieniło w latach 1996-1997, kiedy młody protegowany Reznora określił się mianem antychrysta, świecił gołymi pośladkami ze sceny (w całkiem intrygującym gorsecie). W dodatku zgolił sobie brwi, z wyglądu przypominał glistę, kumplował się z Antonem LaVey’em, a co najważniejsze, był szalenie inteligentny, i wiedział co zrobić aby było o nim głośno. No, i należy wspomnieć chyba też o tym, że jego kapela kapitalnie grała. Mowa oczywiście o Marilyn Manson. Brain Warner, gdyż tak naprawdę się nazywa szef owej formacji lubi wiele rzeczy których wiele innych ludzi nie lubi, a zwłaszcza już społeczeństwo amerykańskie. Tak więc jak wyszła jego płyta Antichrist Superstar zrobiło się wielkie halo, które pomogło ludziom o Mansonie usłyszec nie tylko w USA, ale także w Europie. Sporo osób związanych z ortodoksyjnym spojrzeniem na religie wymyślało różne plotki o Mansonie, takie jak gwałty na scenie, rozrywanie zwierząt, akty zoofilii, i wiele innych kolorowych rzeczy, ale Manson wszystko bardzo skutecznie podsumowanie. „Nie robię takich rzeczy. Zresztą to chyba tych ludzi trzeba zamknąć, a nie mnie. To oni wymyślają takie motywy, nie ja”. Jednak te plotki potrafią zaszkodzić. Kiedy Manson w 2001 roku miał grać na Warszawskim pewna radna miasta postanowiła zablokowac ten koncert, opierając się właśnie na pomówieniach o sodomie i mordowanie zwierząt na scenie. W odpowiedzi na te zarzuty pan Manson zaprosił ową radną na swój koncert we Wiedniu, oraz na wspólną kolacje. Pani radna nie skorzystała, ale koncert się obył, co prawda z oprawą policyjna godną szczytu gospodarczego albo meczu piłkarskiego Polska – Anglia. Żadne zwierzątka nie ucierpiały, ale dużo policjantów nie będących fanami Mansona się solidnie wynudziło. A polscy fani Mansona maja pamiątkę w postaci koncertu wydanego na DVD „God, Guns and Government”, która w części została zarejestrowana właśnie na Warszawskim koncercie kapeli.
Ale między Holywood, którą owy koncert promował a Antichrist Superstar była jeszcze jedna płyta: Mechanical Animals. Po dziś dzień chyba ona właśnie wzbudza największe kontrowersje wśród fanów. Manson dał upust swojej fascynacji glam rockiem, a zwłaszcza twórczośćią Davida Bowiego z wczesnych lat 70-tych. Słychać to na przykładzie chociażby I Don’t Like the Drugs (But the Drugs Like Me), które przypomina Fame, czy też Speed of Pain, które jest akord w akord zerżnięte z Space Oddity Bowiego. Zresztą sam Manson jest swoitym kolażem, tego, co nazywamy tutaj industrialnym rockiem. Na przykład pokręcone szczudły na jakich się porusza podczas koncertów i w klipie do Tourniquette są wzięte ze Skinny Puppy, etc. Z tą różnicą, że Manson umiał się wybić. Najnowsza płyta Mansona (nie mówie o składance Lest We Forget), inspirowana sztuką niemiec z lat 20-tych, burleskami i kabaretami, osiągnęła na rynku sukces. Później, z okazji 10 lecia wydania pierwszej płyty wyszła składanka dokumentująca twórczość kapeli. Jednak zama kapela się drastycznie zmieniła. Manson nie kryje kto rządzi zespołem. Jedynie on i Madonna Wayne Gacy pozostali z oryginalnego składu. Jak tylko ktoś podpadnie, bądź nie będzie w pełni kompatybilny z drogą jaką Manson obrał – to dowidzenia. Może właśnie dzięki temu Manson uniknął kłopotów związanych z różnicami artystycznymi, jakie zdażają się w innych zespołach.
Wymieniona już ściezka dźwiękowa do Lost Highway Davida Lyncha wypromowała też na szerokim rynku jeszcze jedną bardzo ważna kapelę. Nie wiadomo co by z Rammsteinem, gdyby nie zagościli na tej płycie. Jednak udało się i kapela zyskiwała na popularności.
Założona w pierwszej połowie lat 90-tych z inicjatywy Richarda Kruspe grupa Niemców z Berlina wchodniego łączyła elementy metalu z muzyką elektroniczną, wrecz taneczną, zresztą sami siebie w określają mianem kapeli „tanz metalowej”. Coś z tego w tym niewątpliwie jest,, zwłaszcza na pierwszych dwóch płytach grupy. Później było mniej elektroniki (a przynajmniej nie tyle co na poprzednich płytach). Mutter było dobrą płytą, a w tym roku światło dzienne ujrzało Reise Reise. Jest to niewątpliwie najbardziej zróźnicowana płyta Rammsteina, zdaje się, że jest tutaj więcej elektroniki niż na Mutter, ale mamy też piosenkę prawie akustyczną, trochę nowych instrumentów (chociażby akordeon, tego po Rammsteinie się chyba nikt nie spodziewał). Rammstein grał w Polsce już trzy razy. Po Reise Reise ukazało się Rosenrot, składanka odrzutów, które okazały się brzmieć bardzo przyzwoicie, momentami aż się nie chce wierzyć że to odrzuty.

NAZWA
Nazwa Industrial wzięła się od nazwy wytwórni płytowej Industrial Records. Ideą Industrial Records, firmy, która była założona przez członków Throbbing Gristle było, w słowach Petera Christophersona „odrzucenie tego, co przemysł muzyczny narzucał jako obowiązkowe brzmienie muzyki”. Mottem wytwórni było „Industrial Music for Industrial People”. W późniejszych latach wytwórnia została wykupiona przez firmę Mute, która wydała reedycje m. in. Płyt Throbbing Gristle. Sam termin “muzyka industrialna” został użyty przez Monte Cazazze, muzyka tworzącego podobną muzykę od wczesnych lat 70-tych. Jego działalność kontr (i to bardzo kontr) kulturowa inspirowała Throbbing Gristle.


Niezbędnik industrialny, czyli 10 płyt z okolic Industrialu, EBMu, Rocka Industrialnego, warto poznać aby się orientować, subiektywnie:
1.Throbbing Gristle – The Second Annual Report
2.Einstuerzende Neubauten – Strategies Against Architecture 2
3.DAF (Deutsche-Amerikanische Freundschaft) – Alles ist Gut
4.Nitzer Ebb - That Total Age
5.Skinny Puppy – Too Dark Park
6.Front 242 – Tyranny for You
7.Ministry – Psalm 69
8.Nine Inch Nails – The Downward Spiral
9.Marilyn Manson – Antichrist Superstar
10.Rammstein – Reise Reise

Inne zespoły i gatunki

KMFDM
Zaczeło się od tego ze Sascha Konietzko I Udo Storm robili różnego rodzaju instalacje muzyczne. Jedną z nich było parę odkurzaczy i... orkiestra polskich górników. Później jednak zespół poszedł w kierunku elektroniki, zahaczył przez chwilę o reggae (płyta UAIEO), a potem zaczeły się gitary, chociaż beat i klawisze zawsze pozostawały w zespole. O KMFDM zrobiło się głośno jak supportowali Ministry na początku lat 90-tych. Po płytach Angst (z kawałkiem Light, remixowanym przez Trenta Reznora z NIN) i Nihil z hiciorem Juke Joint Jezebel w obozie KMFDM zaczęło się dziać coraz gorzej, nie pomogła za bardzo nawet trasa promująca Rammsteina.. Wewnętrzne napięcia na linii zespół – wytwórnia i między kolejnymi członkami zespołu doprowadziły do jego upadku. Wtedy Sascha Konietzko założył MDFMK i podpisał kontrakt z Universalem, ale płyta się słabo sprzedawała w porównaniu z KMFDM, co też przeważyło o reaktywowaniu oryginalnej formacji ale bez Gunthera Schulza i En Escha. W KMFDM udzielała się śmietanka rocka industrialnego, w tym Raymond Watts (Pig), Bill Rielflin (Ministry), Nivek Ogre (Skinny Puppy) i wielu innych. Od reaktywacji KMFDM, kiedy się okazało, że Esch i Schulz nie są zainteresowani kontynuacja twórczości zespołu do kapeli doszli członkowie Pig.

PIG
Pig to właściwie Raymond Watts. Anglik, który bardzo dużo czasu spędził w Berlinie, gdzie brał udział w nagraniach m.in. Einstuerzende Neubauten. Był też członkiem innego bardzo ważnego projektu, Foetus. Teksty Pig są ostre, wulgarne, ale pisane z pewną dozą ironii. Muzyka jest ostra, ale ma też spokojniejsze momenty. Jest tu też dużo sampli z muzyki klasycznej, poza tym Raymond często daje upust swojemu umiłowaniu dla... muzyki mambo.

Coil
Warto wspomnieć też o formacji Coil, założonej przez Jhona Balance'a z Psychic TV i Petera Christophersona z Throbbing Gristle. Zaczynali przemysłowo klasycznie i eksperymentalnie. Później flirtowali z brzmieniem tanecznym, z tym, że należy zaznaczyć, że flirt w wypadku Coila polegał na tym, że przerabiali coś na swoją modłę, a nie, że moda ich porywała, a następnie silnie osadzili się w klimatach ezoterycznych. Dyskografia Coila jest szeroka i nierówna, jednak jest to na pewno zespół, któremu należy poświęcić chwilę i wgryźć się w jego twórczość. Niestety, Coil już nie istnieje - Jhon Balance zmarł wskutek tragicznego wypadku 13 listopada 2004 roku, kończąc egzystencje tego projektu.

Elektroniczna Muzyka Ciała
Czyli Electronic Body Music. Podobnie jak w przypadku industrialnego rocka, sporo osób odcina ten gatunek o „klasycznego” industrialu. Nie mniej, artyści tworzący tą muzykę często przyznawali się do inspiracji graniem industrialnym. EBM ma, można by powiedzieć, dwie odsłony. Jedną, reprezentowana przez zespoły typu Front 242 opiera się na rytmie, syntezatorach i czystych, nieprzesterowanych wokalach. Ta odsłona poszła w kierunku muzyki techno, co słychać po twórczości takich kapel jak Fixmer/McCarthy czy nowszych produkcjach Frontu 242. Inne kapele, które grają tą odmianę (w wersji raczej zbliżonej do oryginału niż do techno) to Nitzer Ebb, DAF, czy z nowszych Spetznaz. Droga odsłona jest brudniejsza. Podstawa jest taka sama, ale dochodzi duszny i mroczny klimat, przesterowane klawisze i wokale. Tak to wygląda na papierku, a jak ktoś chce posłuchać, to proponuję Skinny Puppy, Leaether Strip, Front Line Assembly czy też Placebo Effect. W dzisiajszych czasach w okolicach około-EBM-owych powstało wiele różnych kapel inspirujących się EBMem, które zostały przez szufladkolubnych dziennikarzy wsypanych to szufladki z napisam Future Pop. Za Future Pop uważa się takie kapele jak VNV Nation czy Apoptygmę Berzerk. Są też kapele grające ostrzej (Feindflug, Wumpscut, Funker Vogt czy też Suicide Commando albo Hocico). Te kapele też się jakoś profesjonalnie nazywały, ale za Chiny ludowe z Mandżurią nie pamiętam. :)

Szufladki szufladkami, ale muzyka broni się sama.

-- M.Alexander [3 maja 2007]



ostatnie artykuły autora:
M'Era Luna 2004 -- [13 lipca 2004]
Wave-Gotik-Treffen -- [18 kwietnia 2003]

powrót do artykułów »


Szukaj:

nowe na stronie:
Jan Grünfeld - Music f…
Simfonica - Song of the…
Roman Catholic Skulls…
Chvad SB - Phenomenali…
Lonsai Maikov - Déce…
Robert Henke w Chorzowie
Dog in the Evening…
Sublamp - Cathedrals o…
Eric Hofbauer Quintet…
Dagshenma - Humane to…
MNL 9 - Morning Mystery
Przypadki Derniere Volonte
Fasci di Combattimento…
Loren Connors - Portrait…
Aine O'Dwyer - Music…
Pierre Schaeffer - Ci…
Willy Stamati - Industri…
Lulu Rosenkrantz - Weltg…
People Like Us - This…
La Dernière Atta…
więcej »

polecamy | więcej »

© 1996-2017 postindustry.org


wygenerowane w 0.068 s.