¤ Ronan Harris (VNV Nation) ¤

"Futureperfect", nowy album VNV Nation, ukazać ma się 28. stycznia 2002. Płytę poprzedziła trasa koncertowa po Europie oraz (trwająca obecnie) po Stanach Zjednoczonych. Przed koncertem w Dreźnie miałam okazję porozmawiać z wokalistą zespołu, Ronanem Harrisem. Zanim rozpoczęliśmy wywiad, wysłuchałam całości materiału na nową płytę oraz wielu komentarzy na jej temat, których ze względu na głośną muzykę nie byłam w stanie nagrać. Na szczęście większość z nich została powtórzona i znalazła się w tym wywiadzie.

Postindustry: Czy mógłbyś powtórzyć to, co mówiłeś o albumie "Futureperfect" ?

Ronan Harris: Lubię tę płytę. Jedną z rzeczy, które najbardziej mi się w niej podobają, jest fakt, że prawie każdy utwór jest zupełnie inny od pozostałych - albo muzycznie jest w innym stylu, albo wyraża inne uczucia. Oczywiście będą ludzie, którzy tego nie usłyszą. Zdarza się, że ludzie zaskakują mnie komentarzami typu "Empires to dokładna kopia Praise the Fallen". Moim zdaniem te płyty brzmią zupełnie inaczej. Ci ludzie porównują tylko użyte na płycie instrumentarium a elementem, którego nie słyszą w naszej muzyce, są uczucia. Spotkałem się z podobnymi opiniami na temat np. REM- niektórzy ludzie mówią, że ich wszystkie płyty brzmią tak samo, bo zawsze wykorzystywana jest na nich gitara, perkusja i bas. Podobnie z Depeche Mode- niektórzy twierdzą, że ostatnie trzy płyty tego zespołu brzmią identycznie. Przecież one są zupełnie inne! Wyrażają zupełnie inne uczucia, ale jeśli ktoś nie jest przyzwyczajony do słuchania tego typu muzyki pod tym kątem, nie usłyszy tej różnicy. Dla kogoś, kto słucha powiedzmy black metalu, Depeche Mode i VNV Nation brzmią identycznie. To kwestia perspektywy. Podobnie z ludźmi, którzy słuchają innych typów szeroko pojętej muzyki industrialnej- może im się podobać jeden nasz kawałek, może dwa. Ale ludzie, którzy lepiej znają naszą muzykę, usłyszą różnicę.

"Futureperfect" jest albumem tematycznym, każdy utwór poświęcony jest innemu aspektowi tematu całej płyty. Tytuł "Futureperfect" jest ironiczny, a jednocześnie mówi o kształtowaniu przyszłości każdego z nas na osobistym, duchowym poziomie. Trzy ostatnie płyty postrzegam jako trylogię. "Praise the Fallen", który uważam za nasz pierwszy album tematyczny ("Advance & Follow" był kolekcją starszego materiału, nagrywanego na przestrzeni lat pod różnymi nazwami) miał silny związek z przeszłością. "Empires" to płyta o teraźniejszości, zarówno na poziomie jednostki, jak i grupy przyjaciół a także społeczeństwa. Dla mnie jedno jest często odbiciem drugiego. Psychologia jednostki jest najczęściej odbiciem psychologii społeczeństwa. O tym jest dla mnie płyta "Empires". To próba zdefiniowania świata już nie istniejącego, ale w pewnym momencie mającego jakieś znaczenie. "Futureperfect" to płyta mniej metafizyczna. Koncentrujemy się na niej na bardzo wielu zagadnieniach. Jak napisałem w poświęconym tematowi tej płyty artykule (do przeczytania tutaj) moim zdaniem we współczesnym świecie brak kierunku, myśli przewodniej. Jeśli ktoś się z tym nie zgadza, niech przyjrzy się historii. Na początku ubiegłego wieku ludzi wypełniał entuzjazm, chęć zbudowania nowego świata i przekonanie, że będzie on wspaniały. Nawet jeśli ci ludzie się mylili, ich entuzjazm był wartościowy. Gdy porównuję to z czasami nam współczesnymi, widzę, że obecnie brakuje pomysłów, prądów, które niosłyby jakąś wizję przyszłości. Optymizm, który wypełniał ludzi jeszcze w latach siedemdziesiątych, znikł. Ludzie raczej boją się przyszłości, niż jej oczekują. Zastanawiam się, co stało się z tymi optymistycznymi wizjami.

Utwór Holding On opowiada o osobie, która znalazła się w przyszłości. We wspaniałej przyszłości, którą tworzymy teraz. Bohater razem z innymi starał się przyczynić do zbudowania idealnego świata, a teraz odkrywa, że w świecie tym nie ma dla niego miejsca... więc po prostu istnieje. Myślę, że za 30-40 lat wiele osób znajdzie się w takiej sytuacji. Samotność i alienacja- uczucia, o których czytałem dużo w literaturze z na przykład Nowego Jorku z lat sześćdziesiątych- stają się powszechne. Prowadzimy osobne, nie połączone ze sobą życia.

Bardzo dużo rozmawialiśmy z Markiem o temacie tej płyty i sposobie jego wyrażenia. Jesteśmy zadowoleni z efektu, który udało nam się osiągnąć. Puszczałem Ci wcześniej utwór, który najprawdopodobniej będzie naszym nowym singlem. Piosenka ma tytuł Beloved. Moim zdaniem to bardzo mocny utwór. Nie jest on napisany jak typowa piosenka pop, bo refren pojawia się w nim dopiero po bodajże pięciu minutach. Piosenki pop zazwyczaj nie są w ten sposób skonstruowane. Utwór opowiada historię, stopniowo ją buduje. Historię o wspomnieniach jednej osoby dotyczących drugiej osoby. To sentymentalny utwór. Jest w nim ten element dramaturgii, który znaleźć można w wielu naszych utworach i który lubię.

Powiedziałaś wcześniej, że wielu ludziom ten utwór się nie spodoba. Psychologia przemysłu muzycznego jest dziwna. To, co oceniam jako potencjalny singiel wcale nie musi nim być. Ludzie mogą to widzieć z innej perspektywy.

Singiel "Genesis" miał być połączeniem starego z nowym. Miał być na nim optymizm. Utwory Weltfunk i Left Behind to dwie przeciwne strony schizofrenicznej natury VNV Nation. Weltfunk to absolutny optymizm w stylu muzyki elektronicznej lat siedemdziesiątych, a Left Behind jest bardzo sentymentalnym utworem na bardzo trudny temat. Utwór Genesis jest gdzieś pośrodku. Jest w tej piosence dużo optymizmu, z drugiej strony tekst mówi o przyjrzeniu się swojemu życiu i zadaniu pytania: czy gdybym mógł cofnąć się w czasie, pewne rzeczy zrobiłbym w inny sposób? Dla mnie pytanie tego typu jest zupełnym przeciwieństwem tego, w co ja wierzę w swoim życiu. Staram się unikać mówienia "Szkoda, że tego nie zrobiłem" czy "Mogłem to zrobić inaczej" o rzeczach, których i tak nie mogę już zmienić. Mogę tylko wyciągać z takich sytuacji wnioski na przyszłość. Staram się podążać w jednym kierunku, do przodu, nie zapominając jednak o przeszłości, bo jeśli się o niej zapomni, będzie się stale popełniać te same błędy. Tak więc dla mnie Genesis to utwór o przeanalizowaniu swojego dotychczasowego życia po to, by móc iść do przodu.

PI: Czy kolory okładek obu singli są w jakiś sposób symboliczne?

Ronan Harris: Niebieski to mój ulubiony kolor. Natomiast jeśli chodzi o umieszczenie poszczególnych utworów na singlu niebieskim bądź czerwonym, to nie, nie zostało to wykonane na podstawie żadnego klucza.

PI: Czy okładki Waszych płyt projektujesz sam?

Ronan Harris: Tak. W tym przypadku zainspirowała mnie zobaczona przeze mnie okładka książki na temat galerii sztuki. Chciałem też, by ludzie, patrząc na ten singiel, stwierdzili "O! To nie wygląda jak ich okładka!". Wewnętrzna część tej okładki wypełnia pewną lukę, w sumie jest to trochę jak okładka książki i takie też było moje zamierzenie. Okładki naszych płyt są zawsze bardzo przemyślane. Wielokrotnie wracam do projektu, przyglądam mu się, ulepszam. Okładka albumu "Futureperfect" będzie bardzo minimalistyczna, zainspirowana futuryzmem amerykańskim. Oczywiście znajdzie się na niej logo i nazwa zespołu, ale całość utrzymana będzie w stylu plakatu artystycznego. Ma ona do przekazania jakąś wiadomość. Także fakt, że na naszych okładkach zawsze znajduje się logo zespołu, ma duże znaczenie.

PI: Powiedz więcej o Waszym logo. Czym jest ono zainspirowane?

Ronan Harris: Kilkoma różnymi rzeczami. Po pierwsze, bardzo inspiruje mnie film "1984", obie wersje i bardzo lubię logo, które zaprojektowane zostało dla tego filmu. A poza tym w ogóle uwielbiam symbole. Kiedyś byłem w Meksyku i zauważyłem, że w kraju tym każda organizacja, nawet np. związek hydraulików, ma logo, które wygląda na ważne i reprezentuje ich. Podobnie z naszym logo- to symbol, który reprezentuje zespół, wyraża dramaturgię i ważność. Także nazwa "Nation" ("Naród", przyp. Postindustry) nie jest bez znaczenia. Jestem indywidualistą, dorastałem w przekonaniu, że nie ma innych ludzi takich, jak ja. A potem, w dorosłym życiu, zacząłem spotykać coraz więcej podobnych sobie osób i zdałem sobie sprawę z tego, że w naszej podróży przez życie każdy jest indywidualistą w swoim sposobie myślenia i zachowywania się. Spotykamy się, mijamy, pozdrawiamy. Czegoś szukamy, gdzieś czeka na nas jakaś odpowiedź. Zawsze wydawało mi się, że jako naród indywidualistów nigdy tak naprawdę nie będziemy narodem. Zdanie to trochę zmieniłem po wydaniu "Praise the Fallen". Tą płytą chciałem coś powiedzieć sobie o sobie. Przechodziłem wówczas w życiu okres duchowego przebudzenia. Zawsze byłem pewnego typu osobą, w pewne rzeczy wierzyłem, byłem świadomy swojej własnej prawdy, którą dla siebie odkryłem. Nigdy nie próbuję ludzi nauczać, mówić im, że nie mają racji. Każdy znajduje swój własny sposób rozumienia świata. Jest to zresztą dla mnie jedynym celem jakichkolwiek religii czy przekonań politycznych: traktowanie ich jako spisu reguł, zasad, które pomagają w zrozumieniu świata. Ja znalazłem swoje własne zasady. Płytą "Praise the Fallen" chciałem powiedzieć samemu sobie, jaką osobą jestem, wyrażając się przy użyciu odniesień muzycznych przypominających mi inne dzieła muzyczne, inne style.

PI: Jakiej muzyki słuchasz?

Ronan Harris: Właściwie każdej.

PI: Czy jest jakikolwiek gatunek muzyki, którego nie znosisz?

Ronan Harris: Tak, jazz. Absolutnie go nie znoszę. Lubię tzw. cool jazz lub dinner jazz - romantyczną, sentymentalną, nostalgiczną muzykę na pianinie. Natomiast free form jazz jest dla mnie nie do zniesienia. Miałem wujka, który puszczał mi dużo tego typu muzyki. Jako że jestem osobą o bardzo symetrycznym umyśle, starałem się znaleźć w tym jakiś wzór, ale nie udało mi się to. Ten gatunek muzyki brzmi dla mnie jak zestaw przypadkowo zagranych dźwięków. Tak, to jedyny styl muzyczny, który nigdy mnie nie wciągnął.

Uwielbiam muzykę klasyczną i operę. Ciekawym okresem muzycznym jest dla mnie barok. W okresie tym konstruowanie i zapisywanie utworów osiągnęły najwyższy poziom w historii muzyki. Muzyka pop polega na czymś zupełnie innym, opiera się na inspiracji, ekspresji, wolności formy. Oczywiście w obrębie każdego stylu muzycznego oczekujemy od muzyków jakiegoś wykształcenia muzycznego. Ale spójrz na takiego gitarzystę w zespole metalowym. Czy jego wirtuozeria warta jest mniej, niż np. skrzypka? A wielu z tych ludzi jest samoukami, dla których muzyka płynie z serca.

PI: A czy Ty masz jakieś wykształcenie muzyczne?

Ronan Harris: W wieku siedmiu lat miałem nauczycielkę gry na pianinie, która wbijała we mnie druty do robótek ręcznych jeśli źle grałem. Na szczęście nie przerodziło się to u mnie w jakiś nie zaspokojony fetysz. Ale także negatywne doświadczenia nie zdarzają się w naszym życiu bez przyczyny, choć czasem przyczynę tę poznajemy dopiero po wielu latach. Po powrocie do domu uwielbiałem grać na pianinie dla siebie, by wyrazić swoje uczucia. Robiłem to od dziesiątego roku życia. Grałem dla siebie "Happy birthday" i komponowałem coś, co wówczas wydawało mi się być symfonią, choć teraz oczywiście uznałbym to za zbyt proste. Starałem się grać coś, co przypominałoby wspaniałą muzykę, którą słyszałem naokoło siebie. VNV Nation jest wynikiem tamtych doświadczeń.

Na przestrzeni lat słuchałem rozmaitych gatunków muzycznych. W latach siedemdziesiątych pasjonowała mnie muzyka elektroniczna, częściowo także dlatego, że uwielbiałem science fiction i astronomię, a muzyka elektroniczna często była używana w poświęconych tym tematom programach telewizyjnych. Bardzo lubiłem pozytywną, optymistyczną muzykę Vangelisa. Lubiłem Tangerine Dream. Pirwszą płytą w mojej kolekcji była "Autobahn" Kraftwerk. Ojciec kupił mi ją, gdy była na 1. miejscu listy przebojów a irlandzka telewizja często pokazywała teledysk do tego utworu, cudowną dwudziestominutową kreskówkę. Nie wiedziałem, jak ta muzyka powstaje. Wiedziałem, że Kraftwerk gra na keyboardach, ale nie miałem pojęcia, co to takiego jest. Potem w telewizyjnym programie "Top of the Pops" zobaczyłem, jak Giorgio Moroder stoi przy ścianie syntezatorów, wszędzie pełno było kabli i przycisków. Ten technologiczny wygląd, to była przyszłość! Pomyślałem "To mi się podoba, też coś takiego chcę!" Pociągał mnie także naukowy aspekt syntezatorów, ich związek z fizyką i właściwościami dźwięku. To było tak inne od grania dźwięków na gitarach! Oczywiście, podczas gry na gitarze także zachodzą zjawiska fizyczne, ale nie mówi się o nich tyle grając na tym instrumencie. W przypadku syntezatorów musisz wiedzieć, jaki efekt osiąga się każdym z przycisków. Stało się to dla mnie niemalże fetyszem, zwariowałem na tym punkcie. Zespoły takie jak wczesny Human League, na dwóch pierwszych płytach, stwierdzały "Robimy muzykę bez instrumentów analogowych". Gdy miałem 13 lat, poprzysiągłem sobie nigdy nie używać gitar. To było trochę dziecinne, ale takie wtedy panowały nastroje. Pamiętam piosenkę Yazoo "Goodbye Seventies", która doskonale te nastroje ilustrowała. To wszystko przepełnione było duchem radosnego protestu. Nagle wszystko było znowu takie pozytywne. Robiono muzykę bardzo ludzką, ale przy użyciu instrumentów opartych na zaawansowanej technologii. Niestety, po jakimś czasie muzyka ta zaczęła być bardzo komercyjna, w każdym przeboju grano na tych samych instrumentach i to wszystko przestało być takie pozytywne. Szczerze mówiąc dopiero gdy pod koniec lat osiemdziesiątych pojawiło się techno i muzyka ta odniosła znaczący sukces komercyjny, do muzyki granej na elektronicznych instrumentach powrócił element undergroundowy, eksperymentalny.

Ale wracając do muzyki, której słuchałem, w kolejnych latach były to takie zespoły, jak Joy Division, Psychedelic Furs, wczesny New Order, a także mnóstwo kapel, o których nikt nigdy nie słyszał. A jeszcze później na przykład Nitzer Ebb czy Front 242. Śmieszne, ale gdy po raz pierwszy usłyszałem Nitzer Ebb, nie znosiłem ich, może dlatego, że wcześniej byłem wielkim fanem DAF czy Die Krupps. Słuchanie takiej muzyki sprawiło, że w szkole byłem wyrzutkiem. Sądzę, że w wieku 14 lat wielu z nas słucha pewnych gatunków muzyki dlatego, że chcemy by inne dzieciaki albo nas lubiły, albo nie lubiły. Ja zawsze byłem jedną z tych osób, które dla zasady podejrzliwie nastawione były do tego, co lubili wszyscy i chciały same zadecydować, czy im się to podoba, czy nie. A jeśli im się nie podobała ta konkretna rzecz, potrafiły znaleźć sobie coś zupełnie przeciwnego. A więc gdy wszyscy w mojej szkole słuchali Rolling Stones i AC/DC, ja lubiłem Depeche Mode, chciałem mieć fryzurę a'la Depeche Mode i ich odznakę na kurtce. Podchodzili do mnie kolesie w kurtkach z napisami typu "Jim Morrisson jest Bogiem" i chcieli mnie bić, bo słuchałem muzyki ich zdaniem gejowskiej. Gdyby się nad tym zastanowić, Jim Morrisson miał bardzo kobiecą osobowość, był bardzo poetycki i charyzmatyczny, a jednocześnie muzyka jego mówiła o wolności w sztuce i wolności myślenia, o akceptowaniu nowych form sztuki. Ci kolesie najwyraźniej nie mieli o tym pojęcia. Irytuje mnie to w niektórych odbiorcach muzyki. Jeśli nie wiesz, o co w niej chodzi, to po co jej słuchasz? My też mamy takich fanów, którzy nie wiedzą, dlaczego nas lubią i tak właściwie słuchają nas, bo ich znajomi nas słuchają. Mam nadzieję, że może pewnego dnia także i do nich dotrzemy i zrozumieją, o co w tym wszystkim chodzi, że chodzi tu o duszę, uczucia, a nie o bycie gotem czy fanem electro. Brzmimy tak, a nie inaczej, bo zawsze słuchałem jakiejś formy muzyki elektronicznej, ale nie znaczy to, że scena może dyktować nam, że musimy brzmieć jak Nine Inch Nails czy jakikolwiek inny zespół. Gram muzyką, która mi się podoba.

PI: Wspomniałeś o czasach, gdy mieszkałeś w Irlandii. Kiedy stamtąd wyjechałeś?

Ronan Harris: W wieku 21 lat, w 1988 roku.

PI: W której części Irlandii mieszkałeś?

Ronan Harris: W Dublinie. Moja matka pochodzi z Tipperary w centrum kraju. W młodości często jeździłem na farmę jej siostry, w czasie wakacji pracowałem na farmie mojego wujka i uwielbiałem to. Irlandia to piękny kraj. Cieszę się, że tam właśnie dorastałem, bo było to bardzo stymulujące dla wyobraźni. Ten kraj pełen jest starych historii, magii, legend. Byłem dzieckiem o dużej wyobraźni i mieszkałem w kraju, który był dla niej wspaniałą pożywką. W tamtych czasach Irlandia była taka niewinna! Trudno uwierzyć, jak bardzo zmieniło się to w ciągu ostatnich 16-17 lat. Pamiętam, że gdy miałem 15 lat, usłyszeliśmy z kolegami, że jeden chłopak w naszej klasie palił jointa. To było wstrząsające, jakbyśmy usłyszeli, że ktoś kogoś zabił! Nie mogliśmy w to uwierzyć! Teraz, gdy ludzie słyszą o piętnastolatku biorącym extasy, nie robi to na nich wrażenia. Większość dzieciaków w tym wieku (przynajmniej w Wielkiej Brytanii) próbowała tego. To smutne!

Irlandia nauczyła mnie widzieć magię w życiu codziennym. Jeśli patrząc na świat widzisz dwuwymiarową, szarą, nudną rzeczywistość, to nigdy dokładnie mu się nie przyjrzałeś. Zawsze starałem się widzieć magię i opisywać świat w sposób dramatyczny, może nawet melodramatyczny. Bo przecież taki właśnie jest świat. Każda prosta, z pozoru nudna rzecz ma ten dodatkowy wymiar i jeśli chcesz go zobaczysz- widzisz go. Chcę być zawsze głodny przygód, odkrywania czegoś nowego. Nigdy nie chcę tego stracić. Uwielbiam podróżować, odwiedzać nowe kraje, widzieć wspaniałe rzeczy, które ludzie tam stworzyli, spotykać ludzi.

PI: Czy byłeś kiedyś w Polsce?

Ronan Harris: Nie, ale mam sporo polskich przyjaciół. Gdy mieszkałem w Kanadzie, spotkałem tam wielu Polaków i dużo się od nich dowiedziałem o Polsce. Wielu moich przyjaciół w Toronto było absolutnie zwariowanych na punkcie Polski. Najczęściej opuścili oni Polskę w czasach komunistycznych, mając wtedy ok. 10 lat. Spotkanie z nimi uświadomiło mi, jak wielki wpływ ma na nas narodowość i kultura naszego narodu. Niebezpieczeństwo polega na tym, że w przypadku ludzi, których tego pozbawiono, ich patriotyzm łatwo przeradza się w fanatyzm. Gdy podróżuję po świecie, uwielbiam spotykać się z ludźmi z innych krajów, czuję że mogę im coś dać i coś od nich wziąć. Nie czuję się od nich lepszy. Patriotyzm irlandzki jest bardzo skromny, nie agresywny. Oczywiście jest w Irlandii paru idiotów, którzy tak nie sądzą.

PI: Jak czujesz się, gdy np. w artykułach w gazetach nazywani jesteście "dwoma Anglikami"?

Ronan Harris: Nie sprawia mi to różnicy. Mieszkałem w Londynie przez 14 lat. Wcześniej mieszkałem w Irlandii przez 21 lat. Teraz mieszkam w Niemczech. Mark jest Anglikiem, pochodzi z bardzo specyficznej części Anglii: z Essex - hrabstwa, z którego żartuje się i opowiada się o nim dowcipy, ale z drugiej strony stamtąd pochodzą też Depeche Mode czy Nitzer Ebb. W tej chwili Mark mieszka na południu Francji, chociaż pewnie w przyszłości wróci do Anglii. W prasie niemieckiej najczęściej piszą o nas "Irlandczyk i Anglik", ale nawet my sami czasem opisujemy się jako zespół "osadzony w Wielkiej Brytanii".

PI: Jaka była przyczyna Twojej przeprowadzki do Hamburga?

Ronan Harris: To była jedna z najbardziej trafnych decyzji w moim życiu. Na przestrzeni ostatnich pięciu lat coraz częściej jeździłem do Niemiec. Byłem tam wiele razy wcześniej, ale przez ostatnich pięć lat spędzałem tam naprawdę dużo czasu. W końcu przeprowadziłem się do Hamburga i nagle otworzyło się przede mną tyle możliwości. To tak, jakbym otwierał nowe drzwi. Wyrosłem z Londynu. Nie znaczy to, że Londyn nie jest wspaniałym miastem. Po prostu osiągnąłem w życiu etap, w którym potrzebuję porządku a jednocześnie potrzebuję wszystkiego w mniejszych ilościach. Londyn jest dla mnie za głośny, zbyt chaotyczny, niemalże przyprawiający o klaustrofobię. Potrzebuję więcej spokoju, więcej miejsca by być sobą i ze sobą. W Hamburgu mam wielu przyjaciół. To piękne miasto, bardzo zielone. Mieszka tam wielu muzyków, więc wszyscy sobie pomagają. Pozwól, że podam Ci przykład, czym miasto to różni się od Londynu: jeśli w Londynie idziesz po ulicy z mapą, nikt Ci nie pomoże, spojrzą na Ciebie tak, jak patrzy się na głupiego turystę. W Hamburgu, gdy idę po ulicy z mapą, albo nawet gdy jestem z Niemcami, w samochodzie o niemieckich numerach rejestracyjnych, ludzie zatrzymują się i pytają, czy mogą pomóc. Nawet Aniołowie Piekieł! To niesamowite! Ta atmosfera bardzo dobrze na mnie wpływa. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem, gdy przeprowadziłem się do Hamburga, była wersja C-92 utworu Genesis. Mam studio w budynku biurowym w centrum miasta, nad jeziorem. Najczęściej wychodzę stamtąd o 6.00 rano. Pracuję całe noce. Wiem, dziwnie to brzmi, ale lubię taki styl życia.

PI: Jaki jest wkład Marka w muzykę VNV Nation?

Ronan Harris: Duży. W jakiś sposób stanowi on dla mnie przeciwwagę, od pewnych pomysłów mnie odwodzi. Mówi, czy coś mu się podoba, czy nie i dyskutujemy o tym. Zgadzamy się, że jedne piosenki są dobre, innych raczej nie powinniśmy nagrywać. Znam jego gust, dużo rozmawiamy o muzyce, wiem, jaki rodzaj piosenek może mu się spodobać. Z nowych utworów uwielbia Fearless i Epicenter. Ale podoba mu się także Beloved. Obaj słuchamy takich kapel jak Underworld, Left Field czy Masive Attack. Słuchamy różnych gatunków muzyki klubowej. Mark nadal słucha swoich starych płyt Nitzer Ebb i nadal uważa je za wspaniałe. Więc podczas pisania nowych utworów biorę go pod uwagę. Wiem, że utwór Carbon podoba mu się ze względu na perkusję. Jak do tej pory, jest bardziej zadowolony z "Futureperfect", niż z jakiejkolwiek naszej wcześniejszej płyty. W przypadku "Praise the Fallen" nie miał zbyt dużego wkładu. Z "Empires" było już inaczej, rozmawialiśmy już wtedy sporo o projektach muzycznych, przychodził do studia słuchać ich i komentować. Teraz całkowicie zgadza się z myślą przewodnią "Futureperfect", podobał mu się także poprzedzający płytę artykuł.

PI: Jak reagujesz na taką ilość głosów krytycznych pod adresem Waszej muzyki?

Ronan Harris: Zastanawiam się, czy gdyby "Futureperfect" był naszym pierwszym albumem, narażeni bylibyśmy na taką ilość krytyki. Czasem myślę sobie, że moglibyśmy wydać jutro najlepszy album na świecie a i tak wielu nienawidziłoby go. Nie moją rzeczą jest mówić ludziom, co ma im się podobać, a co nie. Moim zdaniem nasza muzyka i teksty zakodowane są w taki sposób, że jeśli do Ciebie docierają, to znaczy, że jesteś już pewnego rodzaju odbiorcą. To myśli i uczucia pewnego typu osób- jeśli do Ciebie docierają, to docierają, jeśli nie to nie. Istnieje też jakaś szara strefa gdzieś pośrodku, ale nie będę upraszczał tego, co mamy do przekazania, by do tych ludzi dotrzeć. Zastanawiam się, dlaczego tak wiele osób nie cierpi tego, co robimy. Nie słyszę tego typu opinii tak często o innych zespołach.

PI: Też to zauważyłam. Z jakiegoś powodu wiele osób Was nie lubi i głośno o tym mówi. Pamiętam jakieś ogłoszenie bodajże w "Orkusie", którego autorka wymieniała, jakie zespoły lubi, a następnie pisała "Nienawidzę: VNV Nation".

Ronan Harris: Wspaniałe! Powinienem do niej napisać i zaproponować spotkanie! Tak, zetknąłem się ostatnio z paroma osobami, które mówiły, że nas nienawidzą. Zastanawiam się, dlaczego. Gdy wydaliśmy "Praise the Fallen", ludzie nie nienawidzili nas. Podobnie, gdy ukazała się płyta "Empires". Wydaje mi się, że dużo problemów wywołuje nie to, jaką muzykę gramy, ale raczej fakt, że niektórzy DJ-e przesadnie lansowali Solitary i parę innych naszych piosenek. Jest teraz sporo zespołów, którym drzwi do "sceny" otworzył fakt, że grają podobnie do nas. DJ-e wiedzą, że mogą zapełnić parkiety. Wcześniejsza różnorodność muzyki granej w klubach to już przeszłość. Nigdy nie było to moim celem. To nie ja wymyśliłem czy stworzyłem scenę, w której za moimi plecami znajduje się 20 innych, podobnie grających zespołów. Jeśli zrobiliśmy coś, co miało wpływ na innych muzyków, bardzo nam to pochlebia, gdyż niewiele zespołów może coś takiego o sobie powiedzieć. Miło mi, gdy inni muzycy mówią mi, że mieliśmy na nich bezpośredni wpływ lub gdy słyszę piosenki nagrane w sposób, w który my zrobilibyśmy to. Ale ja nie proszę DJ-ów, by grali nasze utwory po 4 razy na każdej imprezie i nie chcę, by to robili. Moim zdaniem Solitary był utworem granym przesadnie często i przez to utracił część swojego znaczenia. Dlatego staram się zapobiec wielu pomysłom na komercyjne wykorzystanie tego zespołu. Chcę, żeby to, co robimy, nadal było wyjątkowe. Jesteśmy zespołem dla ludzi, nie idolami, którzy pojawiają się na scenie i zachowują jakby byli najwspanialszą rzeczą na świecie. Żartujemy ze sceny, chcemy, by publiczność była częścią koncertu. Ci ludzie są powodem, dla którego na owej scenie jesteśmy, więc chcemy, żeby był to także ich koncert. Nie daję koncertów pop, które miałyby zaspokoić moje ego. Swoje ego zaspokajam na zupełnie inne sposoby, nie na scenie. Przyjemnie jest móc coś ludziom dawać. Tak, to taki pozytywny aspekt mojej osobowości: lubię uszczęśliwiać ludzi!

PI: Czy zdarzają Ci się koncerty, w czasie których masz wrażenie, że do ludzi nie docierasz?

Ronan Harris: Tak, czasami. Na przykład wczoraj na koncercie w Berlinie była duża grupa ludzi, którzy bili brawo po każdym utworze, ale podczas ich trwania po prostu stali z założonymi rękami i patrzyli na nas tak, jakby mieli zamiar mnie zabić po koncercie albo jakby podejrzewali, że włamałem im się do samochodu. No cóż, ja chcę dotrzeć do ludzi, którzy mają zamiar dobrze się bawić. Jeśli to robią- wspaniale! Jeśli nie, trudno, i tak zagramy koncert.

A wracając do tej wrogości w stosunku do VNV Nation, myślę, że w dużej mierze bierze się ona stąd, że bardzo szybko osiągnęliśmy popularność. Nigdy tego nie chciałem. Naszym albumom nie towarzyszy profesjonalna promocja. Nie nagrywamy dla dużej wytwórni. Musi więc być jakiś inny powód, dla którego tak dużo osób kupuje nasze płyty lub kopiuje je, nienawidzi ich i mówi o tym głośno. Nie przejmuję się tym, nie zależy mi na tym, by wszyscy nas lubili. Ale zawsze patrzę na takie rzeczy od strony psychologicznej, zastanawiam się, dlaczego oni tak sądzą i czy mogę zrobić cokolwiek, by to zmienić. Nie sądzę. Ci ludzie są uprzedzeni i cokolwiek zrobimy, oni mają już na ten temat swoje zdanie. Wiele osób oczekuje, że wydamy kolejne "Praise the Fallen". Gdybyśmy faktycznie to zrobili, nie byłoby to to, czego od nas oczekują. Chcieliby poczuć się tak, jak czuli się, gdy po raz pierwszy usłyszeli "Praise the Fallen". Tego nie możemy im dać. Nie poczują się już tak, jak wtedy, gdy mieli tę płytę i nikt inny w promieniu 100 km jej nie znał, a oni czuli się bardzo wyjątkowi i wydawało im się, że osoba na płycie śpiewa bezpośrednio do nich. Nadal przemawiam bezpośrednio do każdego słuchacza, ale to uczucie wyjątkowości, czy jego brak, nie jest moim problemem. Nie możemy zaspokoić tych oczekiwań.

Ale jeżeli tyle osób nas "nienawidzi" (tak właściwie to nie wierzę w tę "nienawiść". Ostatnio po prostu modne stało się twierdzenie, że nienawidzi się VNV Nation), to chciałbym wiedzieć, dlaczego coraz więcej osób przychodzi na nasze koncerty.

Kolejna śmieszna rzecz to fakt, że jak tylko trafiliśmy na listy przebojów, wiele osób, które nas wcześniej "uwielbiały" zaczęło wyrażać na nasz temat naprawdę złośliwe, negatywne opinie. Wielu osobom przeszkadza to, że nie jesteśmy już ich osobistym małym zespolikiem.

Nie mieliśmy promocji radiowej czy w czasopismach, nie nagraliśmy teledysku. Jeśli dostaliśmy się na listy przebojów, to tylko dlatego, że fani kupili nasz singiel. Sprzedaliśmy tyle samo egzemplarzy Genesis, co Standing, tyle że zamiast w ciągu dwóch tygodni stało się to w ciągu tygodnia. Dzięki temu dostaliśmy się na listy przebojów. To ma swoje dobre strony, otworzyło przed nami wiele drzwi. Skontaktowały się z nami firmy robiące teledyski...

PI: Czy w takim razie macie teraz zamiar nakręcić teledysk?

Ronan Harris: Chcieliśmy zrobić teledysk do utworu Genesis i zrobilibyśmy to, gdyby singiel trafił na wyższe pozycje na listach przebojów. W przeciwnym razie to strata pieniędzy. Nie chcę robić taniego clipu tylko po to, by nagrać teledysk. Chcę, by rzeczywiście coś on znaczył i mówił coś o zespole. Jeśli Beloved faktycznie będzie nowym singlem, myślimy o nakręceniu teledysku do tej piosenki.

PI: A więc nie jest to jeszcze pewne? (rozmowa miała miejsce 23.10- przyp. późniejszy)

Ronan Harris: Ostateczna decyzja jeszcze nie zapadła. Na tej nowej płycie jest wiele utworów, które, gdyby nie ten sam wokal, mogłyby być wydane pod różnymi nazwami zespołów. Jak już powiedziałem, ta właśnie różnorodność bardzo mi się podoba. Wielu ludziom to właśnie podobało się w "Praise the Fallen", ta płyta była bardzo różnorodna, a jednocześnie wiele osób uważa, że album składa się z naprawdę "mocnych" utworów. O to mi chodziło, nie chciałem wydać płyty, na której byłyby dwa dobre utwory, a reszta byłaby "wypełniaczami". Zbyt wiele tego typu płyt jest wydawanych. "Empires" też była płytą pełną chwytliwych piosenek. Po wydaniu "Empires" zainteresowało się nami parę dużych wytwórni: "Wow! To piosenki pop! Można nad nimi popracować!" Dostaliśmy trzy propozycje od dużych wytwórni i wszystkie odrzuciliśmy. Pod skrzydłami dużej wytwórni nie byłbym w stanie kontynuować tego, co robię z VNV Nation. Czułbym zbyt dużą presję, oczekiwanie, abym tworzył muzykę pop. Podziwiam zespoły takie jak Radiohead czy nawet REM do powiedzmy trzech lat temu, za to, że pozostają "zespołami dla ludzi", śpiewają o tym, co czują i ma się ciągle wrażenie, że to zespoły alternatywne. Możesz spokojnie mówić ludziom, że lubisz Radiohead czy REM. Jest wiele takich zespołów, które nadal są w pewien sposób "alternatywne", niezależnie od tego, jaką odniosły popularność. Tak samo było przecież z The Doors. Jeśli powiesz komuś, że lubisz The Doors, nie usłyszysz w odpowiedzi "Podążasz za tłumem", bo za muzyką tego zespołu stoi ważne przesłanie. Za naszą też i nie chcę tego stracić. Nagrywając dla dużej wytwórni, bardzo trudno byłoby mi to osiągnąć.

PI: Powiedz coś o clipach towarzyszących koncertom. Kto je zrobił?

Ronan Harris: Pochodzą one z trzech różnych źródeł. Część została zrobiona ok. 3 lata temu przez człowieka, który pracuje w tej branży i chciał nam oddać przysługę. Nie są one skomplikowane. Clipy do innych utworów, np. do Solitary, zrobione zostały przez firmę z Bremy. Tematyka wielu naszych utworów jest bardzo abstrakcyjna, trudno zawrzeć ją w ramach teledysku, nie odwracając jednocześnie uwagi publiczności ani nie "waląc ludzi po głowie" dosłownością interpretacji tematu utworu. Uwielbiam końcówkę clipu Solitary, gdy na ekranie pojawiają się płomienie. To trafnie przekazuje ducha utworu.

PI: Czy pomysły na poszczególne clipy pochodziły od Ciebie?

Ronan Harris: Tak, bardzo wiele z nich. Nie ze wszystkich jestem do końca zadowolony. Na przykład wideo towarzyszące utworowi Carbon (z nowej płyty, przyp. PI) powinno być trochę inne. W zasadzie podoba mi się ono. Podaje wiele informacji statystycznych, co wygląda trochę jak wyjęte z X-Files ale chciałem, by informacje te podane były w tak dramatyczny sposób. Nie do końca jednak zadowolony jestem z tła. Myślę o umieszczeniu tego utworu na naszej stronie internetowej i wówczas te informacje statystyczne także się tam pojawią. Te dane, dotyczące zanieczyszczenia środowiska, pochodzą z ONZ i są bardzo niepokojące, wręcz przerażające, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że to statystyki zaniżone.

Ogólnie, wykorzystywane podczas koncertów clipy przekazywać mają nastrój utworów. W wielu przypadkach stanowią dodatkowy efekt świetlny i tworzą odpowiednią atmosferę. Chciałem, żeby były różne. Gdyby wszystkie miały taką samą siłę, przestałoby to robić wrażenie. Clip do utworu Further ma szczególną siłę wyrazu. Proste obrazy, związane z odległą przeszłością, sentymentalne, mówiące o wielu rzeczach, na które w życiu codziennym nie zwracamy uwagi. Część obrazów ma wygląd staroświecki. Chciałem, by kojarzyły się z dawnymi czasami, bo to przekazuje nastrój i tematykę utworu. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, że Further jest piosenką o reinkarnacji. O wszystkim, do czego zmierzamy i co robimy w życiu i o tym, czy to wszystko miałoby jakiś cel, gdybyśmy nie mieli uczucia, że daliśmy coś światu, coś zmieniliśmy. Śpiewam ten utwór dla siebie, nie dla kogokolwiek innego, i wyraża on moje przekonanie, że za tysiące lat żyć będzie osoba, która będzie pamiętać, że kiedyś była mną (czy to nie dziwne?) i że za tysiące lat spotkam osobę, która w tym życiu była dla mnie najważniejsza, a łączące nas uczucia nadal będą istnieć. Utwór mówi o tym, że dusze i łączące je uczucia są ponadczasowe i będą istnieć nawet jeśli zgaśnie słońce, my będziemy miliony lat świetlnych stąd a nasz gatunek przekształci się w coś zupełnie innego. W pewnym sensie nadal tam będziemy, będziemy częścią większego planu, odpowiedzialnego za funkcjonowanie wszechświata. Niełatwo jest taki temat ująć w tekście piosenki. Wyraża ona pogląd kogoś, kto uważa, że jesteśmy częścią bardzo skomplikowanego systemu, dajemy mu coś, co pomaga mu funkcjonować i nadal będziemy to robić za tysiące lat. Gdyby nie my, całość byłaby inna.

PI: Jakie są Twoje ulubione utwory na każdej Waszej płycie?

Ronan Harris: To tak, jakbyś zapytała diament, którą swoją stronę lubi najbardziej!

PI: No to te, których najczęściej słuchasz. Bo słuchasz swoich własnych piosenek, prawda?

Ronan Harris: Piszę je dla siebie! Uwielbiam ich słuchać, bo obrazują moje uczucia w jakimś okresie życia, jak pamiętnik. "Praise the Fallen" to album, z którego byłem dumny jak z niczego w życiu! Nie chciałem nawet tej płyty wydawać, chciałem ją nagrać dla siebie. Byłem gotowy zapłacić za nagranie, podziękować i na tym sprawę zakończyć. Wahałem się, czy tak właśnie zrobić, gdy ktoś zaproponował mi kontrakt z wytwórnią płytową i w rezultacie tego płyta została wydana. Byłem dumny z tak wielu utworów na "Praise the Fallen". Jest kilka, z których nie jestem całkowicie zadowolony, bo nie brzmią do końca tak, jak chciałbym, żeby brzmiały.

PI: Które to utwory?

Ronan Harris: Na przykład Voice. Trochę zabrakło nam czasu, by dopracować pewne elementy.

PI: Jeśli więc miałbyś nagrać to teraz, w jaki sposób byłoby inne?

Ronan Harris: Nie mógłbym tego zrobić. Zbyt wiele rzeczy się od tamtej pory wydarzyło. Wszystkie utwory mają dla mnie znaczenie symboliczne, mówią coś o moim życiu osobistym, trudno mi więc wybierać wśród nich lepsze lub gorsze. Wszystkie są częścią większej całości. Z każdego jestem na swój sposób dumny, wszystkie są aspektami mnie i mają dla mnie bardzo osobiste znaczenie. Wśród utworów szczególnie osobistych na przestrzeni lat wymienić mogę Standing i Solitary. Także Forsaken. Nie mogę tej piosenki śpiewać zbyt często. Jest to utwór, o który najczęściej proszą nas ludzie na koncertach, ale nie będziemy grać go podczas tej trasy. Gdybym wykonywał go zbyt często, straciłby on swoją siłę, a tego nie chcę. Chcę śpiewać go i być świadomym jego znaczenia, a nie po prostu wykonywać go jako jedną z piosenek. Jeśli ktoś chce być masochistą i popłakać sobie, niech to zrobi w domu, ale niech wie, że wykonywanie tego utworu za każdym razem rozdziera mi serce.

PI: Jakie są Twoje inne pasje?

Ronan Harris: Historia, literatura, wszystkie formy muzyki. Muzyka ma na mnie taki wpływ, jak nic innego, jakbym słyszał ją na innym poziomie. Właściwie nie tylko muzyka, ale ogólnie dźwięki. Przenoszą mnie w zupełnie inny świat.

PI: Dźwięki w muzyce, czy w naturze też?

Ronan Harris: Dźwięki natury też. Aby je słyszeć, nie muszę nawet spędzać dużo czasu na łonie przyrody, bo na to w ostatnich latach nieczęsto mogłem sobie pozwolić (dzięki temu, gdy mogę znaleźć się na łonie natury, tym bardziej to doceniam). Przypomniała mi się dziwna historia. Pamiętam, gdy kiedyś słuchałem pierwszej płyty The Orb. Pod koniec tego albumu atmosfera jest dziwna, bardzo spokojna, bardzo ambient. Muzyka przestała grać, okna były otwarte a ja nie wiedziałem, czy płyta się już skończyła, czy nie. O takie właśnie słuchanie muzyki mi chodzi, słyszenie muzyki we wszystkim. To daje takie piękne wrażenia.
Słucham dużo muzyki klasycznej.

PI: Jakiej?

Ronan Harris: Jestem wielkim fanem Wagnera. Uważam, że w pewien sposób Wagner stworzył kino. Historie, o których opowiadały jego opery, były łatwe do zrozumienia, często były to legendy. On pisał do tego ścieżki dźwiękowe i przedstawiał te historie z teatralnym rozmachem. Niektórzy uważają, że jego muzyka była zbyt elitarna. Nie obchodzi mnie to. Jego muzyka wzruszała mnie od dzieciństwa. Opera, którą absolutnie uwielbiam i w której widzę wiele nawiązań do mojego życia, to Tannhäuser.
Przyjaciele są moją kolejną pasją. Uwielbiam moich przyjaciół. W ogóle lubię ludzi.
Życie jest pasją. Ostatnio kilkakrotnie mówiłem po niemiecku ze sceny "Najważniejszą rzeczą w życiu jest żyć".

PI: Naprawdę jestem pod wrażeniem Twojego niemieckiego.

Ronan Harris (śmieje się): Ja też.

PI: Czy znałeś ten język, zanim przeprowadziłeś się do Niemiec?
Ronan Harris: W ciągu ostatnich kilku lat nauczyłem się wielu słów. Lubię to, podchwytywać słowa w innych językach. Zawsze, gdy kogoś spotykam, chcę nauczyć się słów. Znam przekleństwo po polsku, ale nie będę go powtarzał.

Wracając do pasji, uwielbiam podróżować, spotykać ludzi, poznawać ich kulturę i sposób myślenia- taka socjologia na poziomie jednostki. Jestem jedną z tych osób, które uwielbiają się uczyć- wszystkiego, na każdy temat. Nie chcę nigdy przestać czuć tego głodu wiedzy.

Koncerty pomagają mi poznać świat, ale nigdy nie da się być wtedy po prostu turystą, ludzie ciągną cię w wiele miejsc, a ja wolałbym je zwiedzić w spokoju, sam. Myślę, że po zakończeniu tej trasy koncertowej zrobię sobie małe wakacje.

PI: Przyjedź do Polski!

Ronan Harris: Naprawdę chciałbym. Chciałbym pojechać do Krakowa. Znam tę legendę o trębaczu, który grał na wieży a jego melodia urywa się w momencie, w którym został ugodzony strzałą. Interesują mnie tego typu legendy. Jest wiele innych miejsc w Polsce, które chciałbym zobaczyć, a poza tym mam dobrych znajomych w Warszawie, z którymi chętnie zobaczyłbym się.

Tyle jest miejsc na świecie, które chciałbym odwiedzić! Chciałbym pojechać do Pragi. Północnoamerykańską część naszej trasy kończymy w Meksyku i wówczas chcę przez około tydzień pojeździć sobie po tym niesamowitym kraju. W Meksyku jest jakieś takie pierwotne piękno. Kraj ten jest biedny i do pewnego stopnia przypomina mi dawną Irlandię. Kiedy Irlandia była biednym państwem, pod wieloma względami było tam lepiej. Czasem myślę, że ludzie uwielbiają o coś walczyć. Ta walka definiuje nasze życie- nie nieszczęście i cierpienia, ale to, co pozwalają nam one robić, jak bardzo nas do siebie zbliżają. Kiedy mamy wszystko, często tracimy swoje najbardziej ludzkie cechy. W Irlandii sytuacja ekonomiczna nagle poprawiła się, wszyscy mówią o tym, jak jest wspaniale, jakie samochody mają, do jakich klubów golfowych należą. Dla mnie pieniądze nie definiują tego, jakim się jest człowiekiem. Sam często jestem osądzany na podstawie np. tego, jak się ubieram. Np. moi bracia pracują w branży finansowej, jeden z nich odniósł bardzo duży sukces i kiedy spotykam jego przyjaciół, patrzą na mnie i oceniają mnie na podstawie swoich kryteriów, takich jak: Jakie on nosi ubrania? Czy jest normalny? Czy jeździ dobrym samochodem? Czy ma ładną dziewczynę? Sądzą, że będę robił to wszystko, czego oni oczekują od życia. Nie, w moim życiu chodzi o coś innego. Ich zdaniem jestem dziwakiem, który gdzieś się w życiu zagubił i dlatego jest godny współczucia. Z mojej perspektywy natomiast wygląda to zupełnie inaczej. Jestem szczęśliwy robiąc to, co robię, taką mam osobowość. Od dzieciństwa staram się po prostu być sobą, żyć w zgodzie z tym, kim jestem. To oczywiście zmienia się, gdy zdobywam nowe doświadczenia, ale staram się żyć z tym w zgodzie a jednocześnie nie robić nic, co raniłoby innych ludzi.

PI: Na zakończenie chciałabym zapytać Cię o parę rzeczy związanych z płytą "Praise the Fallen". Po pierwsze, jakie jest znaczenie roku 2012?

Ronan Harris: Może Cię to zaskoczyć, ale starałem się wybrać rok, który nie miałby żadnego symbolicznego znaczenia. 2012 brzmiało dobrze. O ile dobrze pamiętam, początkowo miał to być inny rok, ale nie pamiętam, jaki. Naprawdę starałem się po prostu wybrać jakiś rok w przyszłości, który nikomu z niczym nie będzie się kojarzył.

PI: Gdzie jest "this stone chamber", kamienna komnata wspomniana w utworze Honour?

Ronan Harris: Wyobraź sobie mauzoleum. Myślę o konkretnym tego typu miejscu, w którym kiedyś byłem, pomieszczeniu, gdzie na ścianie wypisane są nazwiska ludzi, którzy zginęli podczas 1. wojny światowej. Honour jest piosenką antywojenną. Mówi o świecie po wielkiej katastrofie (czyli o takim, ku któremu George Bush i paru innych idiotów nas prowadzą), w którym ludzie zdają sobie sprawę, że zamiast odbudować świat takim, jaki on był, trzeba zbudować go na nowo, ucząc się na błędach. W słowie "honor" jest tyle hipokryzji. Zbyt często używane jest ono na wojnie. Wojna polega na zabijaniu, nie na zabijaniu z honorem. Używanie tego słowa w kontekście wojny brzmi prawie ironicznie, tak jakbyśmy musieli toczyć wojny, rozwiązywać spory przy pomocy konfliktów zbrojnych. Honor nie usprawiedliwia agresji. Oczywiście, o wielu ludziach, którzy walczyli np. podczas rewolucji w Irlandii, mogę powiedzieć, że walczyli z honorem, bo walczyli z prawdą w sercach. To samo działo się w wielu innych krajach, gdzie ludzie np. podczas 1. lub 2. wojny światowej wierzyli, że walczą o swoją przyszłość. Nie działali z agresją, walczyli o swoją wolność- z czego Ty i ludzie w Twoim kraju doskonale zdajecie sobie sprawę.

Wracając do utworu, wyobraź sobie starego żołnierza w uroczysty dzień, otoczonego przez młodych ludzi, którzy nie mają pojęcia, na czym polega honor, czy jest on tylko kłamstwem, słowem używanym, by usprawiedliwić wojnę i zabijanie, czy też faktycznie za tym słowem kryje się jakieś znaczenie. W czasie powiedzmy 1. wojny światowej słowo to było często używane, mówiło się często o zasadach. Moim zdaniem było to bez sensu. Tak więc piosenka Honour próbuje zdefiniować pojęcie honoru, widziane w przyszłości oczyma kogoś, kto zastanawia się nad tym, co się stało. Stoi w komnacie, w której na ścianach widnieją nazwiska poległych, i zastanawia się, czy on właściwie rozumie, o co w tym wszystkim chodziło. Ogólnie rzecz biorąc, takie jest znaczenie tej piosenki. Obecnie mamy wielu fanów wśród żołnierzy amerykańskich, którzy kochają tę piosenkę. Często emituje ją lokalne radio w mieście, gdzie stacjonują oddziały armii amerykańskiej. To dziwne, że tak wiele osób uważa, że ta piosenka nawołuje do wojny, podczas gdy w rzeczywistości jest to utwór antywojenny.

Album "Praise the Fallen" zainspirowała uroczystość, którą oglądałem w telewizji brytyjskiej w Dniu Pamięci. Co roku 11 listopada o godzinie 11.11 pamięć poległych czczona jest w większości krajów zachodnioeuropejskich minutą ciszy (i dlatego, nawiasem mówiąc, utwór Schweigeminute jest 11. utworem na "Praise the Fallen"). Oglądałem tę ceremonię, co staram się robić co roku, jeśli mam taką okazję. Patrzyłem na ludzi, którzy stracili bliskich lub widzieli śmierć innych żołnierzy. Pomyślałem sobie wówczas, że każdy poległy ma prawo, by być pamiętanym. Nieważne jest dla mnie to, po czyjej stronie walczył. Na przykład Anglicy zabici podczas rewolucji w Irlandii tak samo zasługują na pamięć, jak Irlandczycy. To, po której walczyli stronie, nie czyni z nich ludzi mniej wartościowych.

Ale to była tylko inspiracja, ogólnie "Praise the Fallen" nie jest płytą o wojnie. Wojna jest tu tylko przenośnią. To płyta poświęcona pamięci ludzi takich jak my, myślących i czujących jak my, którzy w jakimś momencie swojego życia polegli, przegrali bitwę. Użyłem metaforyki wojny, rewolucji, przewrotu, by opisać bitwy, które toczymy wewnątrz siebie. Podobnie, jak wielu innych ludzi, których spotykam, walczę, by być tym, kim jestem. Na bardziej metafizycznym poziomie, walczę o kontrolę nad moją duszą i o jej przyszłość. Wielu ludzi odebrało jednak tę płytę bardzo powierzchownie.

W intro do naszej nowej płyty wykorzystujemy utwór Nimrod brytyjskiego kompozytora Edwarda Elgara. Utwór ten grany jest w Wielkiej Brytanii podczas ceremonii z okazji Dnia Pamięci. W ten sposób chcę połączyć pierwszy album tej trylogii z ostatnim.

PI: Dziękuję za rozmowę.

Zdjęcia z koncertu w Dreźnie w dziale foto.

-- Triskell [19 grudnia 2001]

powrót do wywiadów »


Szukaj:

nowe na stronie:
Jan Grünfeld - Music f…
Simfonica - Song of the…
Roman Catholic Skulls…
Chvad SB - Phenomenali…
Lonsai Maikov - Déce…
Robert Henke w Chorzowie
Dog in the Evening…
Sublamp - Cathedrals o…
Eric Hofbauer Quintet…
Dagshenma - Humane to…
MNL 9 - Morning Mystery
Przypadki Derniere Volonte
Fasci di Combattimento…
Loren Connors - Portrait…
Aine O'Dwyer - Music…
Pierre Schaeffer - Ci…
Willy Stamati - Industri…
Lulu Rosenkrantz - Weltg…
People Like Us - This…
La Dernière Atta…
więcej »

polecamy | więcej »

© 1996-2017 postindustry.org


wygenerowane w 0.013 s.